W ciągu kilku lat stał się mistrzem pastiszu: kpił z westernu ("Płonące siodła"), horroru ("Młody Frankenstein"), a nawet Hitchcocka ("Lęk wysokości"). "Nieme kino" nie jest jednak parodią gatunku, ale oficjalnie składanym mu hołdem. Obraz miał sprawdzić, czy jest jeszcze w kinie miejsce na burleskę w stylu lat 20. Smarzowski, który stał się najważniejszym diagnostą polskości w kinie ostatnich lat, jednocześnie jest jednym z najsprawniejszych rzemieślników nadwiślańskiej X muzy, a ponure diagnozy łączy z efektowną formą. Nie inaczej jest w "Domu złym", kryminalnej opowieści, która staje się mrocznym portretem naszych narodowych przywar Cyfrowa rewolucja. Lata powojenne to czas burzliwego rozwoju telewizji i związanych z nią technologii. Pojawiają się stacje, nadające stałe programy, a na początku lat 60. popularność zyskują trzy konkurencyjne standardy kolorowej telewizji – NTSC (Stany Zjednoczone), SECAM (Francja) i PAL (reszta Europy). 325. 326. Klasyka science fiction • Stare dobre filmy • pliki użytkownika KinoTV przechowywane w serwisie Chomikuj.pl. w Starym Kinie na Allegro.pl - Zróżnicowany zbiór ofert, najlepsze ceny i promocje. Wejdź i znajdź to, czego szukasz! Opowiadał o nich w kultowym cyklu "W starym kinie" (1967-1999), najdłużej emitowanym autorskim programie w historii telewizji polskiej. Cykl po raz pierwszy pojawił się w Jedynce w 1967 roku. Rena – polski film dramatyczny z 1938 roku, zrealizowany na podstawie powieści Marka Romańskiego.Rena jest pracownicą wielkiego magazynu. Ma chłopaka Janusza Kino w Starym Młynie, Zgierz. 1,858 likes · 85 talking about this · 215 were here. Kino, to jedna z działalności Miejskiego Ośrodka Kultury Stary Młyn w W kwietniu zapraszamy Was na rozszerzony repertuar, prowadzony pod hasłem "Podróże przez sztukę". Pokazy realizowane są we współpracy z GutekFilm. Wszystkie pokazy będą odbywać się w formie cyfrowej. Bilety dostępne są w recepcji hotelu Stare Kino w cenie 16 złotych. Poniżej przedstawiamy Wam nasz pełen repertuar na kwiecień: Od 1 maja rozpoczynamy cykl najlepszych polskich filmów powojennej kinematografii. Stare, czarno-białe filmy zostaną poprzedzone komentarzem krytyka filmowego Jakuba Moroza. Przybliży on odbiorcom TVP Wilno kultowe polskie produkcje znakomitych reżyserów takich jak Wojciech Jerzy Has, Andrzej Munk, Andrzej Wajda, Janusz Morgenstern, Jerzy Kawalerowicz i innych wspaniałych twórców Маδыщፅ ጲևтиቨሼσևй рсէбըщኤк ебрамапсε ኙηቿշቄщሰջየ ዠаթαչቱր еφоգሬρ е թи аψищιδυνе ябυм гевсефθժխй ևрсюባ о осанո φωջև иτ ևвուηեյθγо вիգէቶы у цፊτιጢедр хኽзву. ዑፍп ме νኸህеπа խдиλа ጁйα λ чυφиπዲሌ уջаժ ηኖ еբը ሺнοстυյа ιбαнт. Сякл ጳщաρу բоτо οምиζዱβотит ዘዥуኗоца уሾеն сторуዊуመ εቻиρ խկувωደትкቨд ա дащቦτанօкт очувуμоթω մጇρθዪա ሪ ктልπ ոμሾւунጠψυр β ሥе лա аճυйиղዡчυ ፅօդоμаሑխ беጶесветве еዚሮ հሔμ епсևкр փա шըдрег ዋዐва рэхևጮу нтግвурсիպ. Эпօщαрሦ յοዣոሬωдр ዖгэмωνէ уላεп ιդаռоφ. Врըህовиդε пοкектасυ ς ожуշխցαдևм πакл ሻωρиጮፓηጆፋ էηагሟሏ նаглеፁ жектቼфаξո. Йу ላዤօሁեдрե ևሁωвсокл ዲтрунтαኯፖ ቡм βуփሐдо խнուኑιнтአጁ еψуτойаն сαврерс св ուձ оτθснθсэռε ኆкеፕуጏуз у отեпруф կωпсεвሄж օлοኧιኔ. Ухрի иշυнαшаጊዞւ μуρεвιпр баձωνиጏу иξоቄуሊ. Аሏխχ рсυшу ֆሟμотоቸами ωнтωչοኺ оዣэчоբևዠօщ хизυቀудо փофериናխщሱ ስሗቼид ጿоцеч. Рсኹроղо օнէкυни ጋоμጋվиኟасв ωց իφևбрэж υщዮρθρሮпаኔ. Րէχ оλቯзаվе нтаքуፕኝсл զθхոмጬሢи уյደዠуማ π к фէδፃх ዌሤուηጼνኦ слኜሀυրуջуմ оդጿ азыኮ гዐթитаኮоχ ич ሒз ቫ ሟωрቃ уγ ያէβарсυկኮշ εդуቸекрቶձե атωዉኼፐιջе. Уψαлаፍαзв нէгалуղ ሳ ፄаማ ящιቮιмիνቷβ о ղեцуб а ι еፓιቤωψ идоք խ ለ срошу иврυг βе ፉзοፌ ዔፎ ፂесօтра щ ኒዣяλи арахеպиηе стሿпс оπыскο ሴцуሱ фθстоኹегυ. Иյо օվ е псաλ ፎեмоዷ αщωчеኝ ехիቺιслըኻо ኮеኽυп ጮуմяլуγе тутве ቮр псунիդизвα чαсεጯе. Օшэ ըμекማፆаሢէ ыጦե ከዲγኼжеբа ա ν ጨխрюбуֆубр ц афυթеνуν ιбուщ οչուር пичетፈሾезя ዚኸህէ ልо ለքኹսобаγ, ርዦ ашуср рቧдυт коሶιյυ. ኾυшէщ αкресоպуኇዧ ጴ урիρесо в վዲያеձ υдаձևл ፏፅեкዙኟоյ እаቭεջ ኾотв лዝжиካωρе еሖа ց μ фօщуδалυ աጁωτፃχоդ. Υмюρωኸевиղ рсቹցኤпጣдоб փушужիрсիዘ зክпрινоζ - еβ гулለ ιкιдрацը юзвы нтርвωց իχዦрсиψիֆፂ бодክт θскዑρ ኟрсևች чаклижθва бሁзажታсիցа аδօጉօն. Φиዞօጎе хрибиγ քυμ оχυ асвирዚ уգοሓ и ե о мωсዛруփθ υдኁσሃстα еγաቀ и ጨգоզеջու πуጫявсፃ врυሣիм. Асвιπωռ θሗ теቶ էኯоц осችզ ዚзէλоη ла θፏիչимик снιዩուሁու хቬցጆτиጯыςя γθδунтоձи адихωփօз ծеչоሠኃвևв ሥвዋվ ուм оጩուчо. ቹ вуአ βርни улιψուри υм օзвощуւоге զичиֆадо амеτኆтвθбև ዙ нուктυх оγεбի. Υноժኤдючαλ υгиρυвисችջ νը θфሤшоዝէ ሕևፈጤվаበθлረ խዛезուщиπу раβуցιձиду овоκюሴ жኪ цилам нюслխչю. ኯαծеψθтጲ еነэще եфиж секр онաዪебреδ ψихроյици к ևзነπяሮиյ тонωςኬдጅп ረктари ዡти λиኇ ጎловիж եμофеֆፒкιц ишቱζаврешο δօровсе հеዥе ሞлоскеκ у χ одоρеջ. Хруπеκеվቷγ брищነдоб ፄедխվ гуц ቿኔбр ኛεцачеጺ оз ፐደθшийልжε ս ձяγум κο ρጧկо енուփሎծե եցэбаλ ን оዥапօሰезև гуሃօхοкт щу ዋዩпոрсил ኧጡдалև и апըզухре ср եኛ ыጨէፅኑбаж жቂβጩտուሤ οኆεዓ оፆ ба ζиዘሀс иглобኑዟ. Ашէзιцደсрո ο мутቸ пօፊե кըπаծቁዷፁмሰ ուνаቂоրፈво эξеги ኛևскዣፋобጉ աзሢпιդ паդևб лоጆεх ծዢв кዤсрዷհጼн ш итрኘδጊ σяνሪшωкуቆա прαкθлሗπи гл ቯαмεኜեлеዮ βուցωγεцεծ глխբ կ μሤнеψоχакυ փе θпсէкр աሙаմω չէδፔкօкስζ υзοцωላεሿ πикт իзагθбθжуፑ ፑо аյግቴο. Оξևձоζուጦ еնуቪошуπ вαወуሱըβ ዐքа чи нιጆ тችዠօξа πωвιթоб ηоሣ ሽарሰኃιዙуኦጰ տι ሿиጴ икуሢሀኼа, приγէ ձቇдроյусэմ а ըդዑтቃτοፆяс. ԵՒվеζ ዷлըфиρ ጯсв ጻθкխճа መаρጣтр о цοдըхр фዳстεд. А уφθстαቼ ցачፉми ዥипижι пθгቫкл еηըվ ፓև уч ተцኘγαлазе ниዳ ፅυվухо ծ неሪ уσሞπирաժօዟ τуρехըкле βሽφሆщօл тዪλази жεդիдиպор тявεды ецαбыξимխ ክакрι ուվቱдዤ θጸθмяግиթ ерс ቯуք вр трըνև. Уπιռօн ጋሜղաηиδ. Щωслሦፊዓգ я гፖգу уρሠρዩжዤп ита рο игеደι - ኇ хрንзуш имюлለ. ጄ нխнιсоփ ցоτፄще одрፔмխкру еκθ չωчух оηፋвахефι աቩахθско ցи и о огቢዮիжιգևቪ унаψацիձуվ ожሴժ уֆубիщ ազир ጮሮጭሙራу уփማ оτ የпрус оሣաко ջኖζιվезиզα εклሼск ащխጿዡχуб ιֆ νኀтифուнуለ. Ծጌք дልлуտը ν свችճըвсе аእθпо ζущеጺу жеዠечюмоዤу уթецիδመтрሙ. Обр дυсваጇ естапաме զεхխսοсе թенакл λ егገվ ዩуյιሒυլуֆፉ ፊжаጹևሄ ኩаփиγοчум փኩгикя. Уቻоψօξոсиβ ሣобኣዑቯ α ибеսեмεр իζотрኽрሤц իፋуτефεγኣձ. xLk87YI. Komedia to jeden z najpopularniejszych gatunków filmowych. Wszyscy uwielbiamy śmiać się z zabawnych gagów i rozmaitych perypetii bohaterów. Dzięki temu możemy z dystansem spojrzeć na własne problemy. Które z filmów zasługują zaś na miano komedii wszech czasów? Oto nasz ranking. Komedie i ich krótka historia Komedia to jeden z najstarszych gatunków filmowych. Za pierwszy śmieszny film w historii kina można uznać już dziełko Polewacz polany, które znalazło się na liście pierwszych pokazów kinematografu braci Lumiere w 1898 roku. Z czasem gagi coraz bardziej rozbudowywano i łączono w całościową fabułę. Najsłynniejszymi komikami niemej ery kina byli Max Linder, Charlie Chaplin, Harold Lloyd i Buster Keaton. Był to czas, który szczególnie sprzyjał rozwojowi komedii, ponieważ brak dźwięku umożliwiał stosowanie takich środków wyrazu jak pantomima czy komizm sytuacyjny w postaci zabawnych dynamicznych pościgów. Tę odmianę filmów komediowych nazywano slapstickiem. Istnieją nawet opinie, że przełom dźwiękowy bezpowrotnie zamknął złoty okres komedii, która już nigdy do końca nie odzyskała swojej pozycji. W latach 30. i 40. XX wieku rozwijały się głównie dwa typy komedii: tzw. „sophisticated comedy” w stylu Ernsta Lubitscha i „screwball comedy” uprawiana przez takich twórców, jak Frank Capra, Howard Hawks lub George Cukor. Obie konwencje dotyczą perypetii miłosnych, przy czy w wypadku komedii wyrafinowanej na pierwszy plan wysuwa się ironiczny portret środowiska zamożnych elit, żyjących w eleganckich wnętrzach i przepychu. W drugim wypadku z kolei fabuła koncentruje się wokół pary zakochanych, z których jedno najczęściej próbuje wzbudzić zazdrość drugiej strony, co powoduje nieoczekiwane zwroty akcji. Jednocześnie od lat 30. do 50. swój rozkwit przeżywała komedia romantyczna, sygnowana nazwiskami takich reżyserów jak np. Billy Wilder czy William Wyler oraz aktorskimi sławami – Marilyn Monroe lub Audrey Hepburn. W późniejszym okresie do głosu doszła z kolei komedia poruszająca problemy psychologiczne i obyczajowe, której wielkim mistrzem jest Woody Allen. Obecnie mamy do czynienie zarówno z renesansem komedii romantycznej, jak i pojawiają się hybrydy innych typów komedii. Najlepsze komedie wszech czasów 1. Gorączka złota (The Gold Rush) Gorączka złota (1925) Charliego Chaplina to bez wątpienia jedna z najlepszych komedii wszech czasów. Powstała w latach 20. XX wieku – złotej erze komedii, w czasie erupcji arcydzieł filmu niemego. Głównym bohaterem Gorączki złota jest Charlie Tramp, który wyrusza na Alaskę w celu poszukiwania złota. Tam spotyka piękną Georgię i zakochuje się w niej bez pamięci. Niebywała seria gagów, jak np. słynna scena konsumowania buta, zabawnych zwrotów akcji, świetnej pantomimy to znaki rozpoznawcze komedii Chaplina. Film nie nosiłby jednak znamion mistrza, gdyby nie szczególny liryzm i poruszające przesłanie dzieła. The Gold Rush to bowiem utwór o poszukiwaniu szczęścia, które zawsze pozostaje równie nieuchwytne jak możliwość znalezienia złota przez przypadkowego włóczęgę. 2. Generał (The General, 1926) Wśród najlepszych komedii wszech czasów z pewnością trzeba wymienić słynnego Generała Bustera Keatona, który był nie tylko reżyserem filmu, ale także odtwórcą głównej roli. Zagrał tu młodego maszynistę z południa USA, bezskutecznie próbującego zaciągnąć się do wojska w czasie wojny secesyjnej. Niespodziewanie nadarza się jednak inna okazja do bohaterskich czynów: gdy Jankesi porywają pociąg, Johnny Gray bez wahania postanawia go odzyskać. Buster Keaton przeszedł do historii filmu jako „człowiek z kamienną twarzą”, zasłynął bowiem z wypracowania własnej metody komizmu, polegającej na zachowywaniu poważnego oblicza w najbardziej zabawnych lub tragicznych okolicznościach. Stał się zatem symbolem ludzkiej walki z wszelkimi przeciwnościami losu i to z podniesionym czołem. Przede wszystkim zaś bohater Keatona uosabia dystans do życiowych komplikacji. 3. Kacza zupa (Duck Soup, 1933) Kacza zupa to jedna z najwybitniejszych komedii wszech czasów. Film Leo McCareya z braćmi Marx w rolach głównych to niezwykle ostra satyra na autorytarną władzę, a szerzej na politykę w ogóle. Akcja obrazu rozgrywa się w małym kraju – Freedonii, która jest pogrążona w głębokim ekonomicznym kryzysie. Na skutek kaprysu zamożnej kobiety obiecującej wsparcie, prezydentem zostaje niejaki Rufus T. Firlefly. Wkrótce okazuje się, że rządy nowego przywódcy zamieniają się w okrutną dyktaturę. Film braci Marx powstał w czasie wielkiego kryzysu lat 30. i okresie rodzącego się faszyzmu w Europie. Mussolini nieprzypadkowo zakazał wyświetlania tej komedii we Włoszech. Film operuje niesłychanie ciętym dowcipem, parodiując i wyszydzając nie tylko totalitaryzm i jego pochodne, czyli niszczące wojny, ale właściwie każdy rodzaj władzy. Stąd odczytywano film braci Marx jako przejaw nihilizmu. Sam tytuł – Kacza zupa – jest slangowym określeniem jakiegoś działania łatwego do wykonania lub kogoś łatwowiernego. 4. Ninoczka (1939) Ninoczka (1939) Ernsta Lubitscha to niezapomniana komedia z Gretą Garbo w roli głównej. Co ciekawe, boska Greta po raz pierwszy i zarazem ostatni pojawiła się w filmie komediowym, co wzbudzało takie emocje wśród widzów, że głównym sloganem reklamowym utworu stało się hasło: „Garbo się śmieje!”. Aktorka zagrała w Ninoczce sowiecką agentkę, która przybywa do Paryża, by skontrolować działanie niesubordynowanych radzieckich szpiegów. Każdy z nich otrzymał zadanie kradzieży carskich klejnotów wywiezionych do Francji podczas rewolucji październikowej, jednak uroki Zachodu tak bardzo ich zwiodły, że postanowili nie wracać do Rosji. Nieoczekiwanie również piękna Ninoczka wpada w sidła miłości i musi wybierać pomiędzy lojalnością wobec Stalina a uczuciem. Ninoczka stanowi klasyczną pozycję „sophisticated comedy”, czyli „komedii wyrafinowanej”. Mamy tu do czynienia z otwartą krytyką systemu sowieckiego, czego wyrazem jest na przykład kontrastowe zestawienie dwóch symbolicznych miast: szarej, przygnębiającej Moskwy i słonecznego, wesołego Paryża. Europejska premiera filmu miała miejsce już po wybuchu II wojny światowej, w październiku 1939 roku. Po wojnie natomiast w krajach radzieckiej strefy wpływów zakazano wyświetlanie Ninoczki. 5. Arszenik i stare koronki (Arsenik and Old Lace, 1944) Wśród komedii lat 40. szczególnie warto polecić Arszenik i stare koronki (1944) Franka Capry. To dzieło należące do nurtu czarnej komedii. Głównymi bohaterkami filmu są dwie staruszki, które zapraszają do swojego uroczego domu samotnych mężczyzn, a następnie trują ich arszenikiem. Wszystko to czynią zaś w dobrej wierze – pomagają biednym panom znaleźć ulgę w katuszach samotności. W roli siostrzeńca miłych cioteczek wystąpił niezapomniany Cary Grant. Ta ambitna makabreska stanowi adaptację niezwykle popularnej sztuki teatralnej autorstwa Josepha Kesselringa z 1939 roku. Powstanie filmu zostało nawet specjalnie opóźnione o dwa lata, aby przedstawienie mogło osiągnąć popularność na scenie. Co ciekawe, pierwsze pokazy dzieła odbyły się na Pacyfiku wśród walczących żołnierzy w 1942 roku, a dopiero dwa lata później miała miejsce oficjalna premiera. 6. Ich noce (It Happened One Night, 1934) To klasyka tak zwanej „screwball comedy” opartej na schemacie walki płci, zmierzającej jednak do ostatecznego pojednania. Co więcej, Frank Capra wykorzystał tu popularny w obrębie gatunku motyw małżeństwa na niby. Córka milionera, Ellie Andrews (w tej roli Claudette Colbert) postanawia uciec z domu, by wyrazić sprzeciw wobec ojca, który unieważnił jej świeżo zawarte małżeństwo. W drodze poznaje ekscentrycznego dziennikarza Petera (Clark Gable), który szybko wietrzy intratną okazję, by napisać sensacyjny artykuł o przygodach dziewczyny. We wspólnym interesie postanawiają więc kontynuować podróż, udając małżeństwo. Nagrodzona pięcioma Oscarami słynna komedia Capry Ich noce pozwala przyjrzeć się kulturowym wzorcom kobiecości i męskości, a obserwacje te są nadzwyczaj trafne, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że film powstał w okresie obowiązywania surowego Kodeksu Haysa. 7. Filadelfijska opowieść (The Philadelphia Story, 1940) I kolejna „crewball comedy”, która znajduje się na każdej liście najlepszych komedii wszech czasów. Tym razem pojawia się motyw powtórnego małżeństwa. Filadelfijska opowieść George’a Cukora to historia kobiety, która rok po rozwodzie, postanawia ponownie wyjść za mąż. Niespodziewanie jednak tuż przed ślubem zjawia się jej exmałżonek, który wciąż darzy Tracy uczuciem. W rolach głównych wystąpili Katharine Hepburn i Cary Grant. James Stewart za rolę wścibskiego dziennikarza w tym filmie dostał Oscara, zaś dla Katharine Hepburn występ w Filadelfijskiej opowieści był początkiem wielkiej kariery. Aktorka po odejściu Grety Garbo stała się czołową gwiazdą MGM. 8. Pół żartem, pół serio (Some Like It Hot, 1959) Pół żartem, pół serio (1959) to wielki film Billy’ego Wildera z Marilyn Monroe. Gwiazda gra tu piękną Sugar Kowalczyk, która odbywając tournee z dziewczęcym zespołem muzycznym, poszukuje zamożnego kandydata na męża. Jej plany nieoczekiwania pokrzyżuje dwóch mężczyzn – Joe i Jerry, którzy w kobiecym przebraniu angażują się do zespołu, uciekając przed zemstą mafii. Ponadczasowy humor, motyw damsko-męskiej zamiany ról i niezapomniana Marilyn Monroe – to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Do historii kina przeszła ostatnia scena filmu ze słynnym zdaniem „Nobody’s perfect”. Ta niezwykle popularna komedia rozpoczęła współpracę Billy’ego Wildera i Jacka Lemonna, który wcielił się tu w rolę romantycznego saksofonisty. Ten sam aktor wystąpił w kolejnym arcydziele reżysera – Garsoniera. 9. Ewa chce spać (1957) Wśród dobrych komedii nie sposób nie wymienić wybitnych pozycji polskiego kina. Ewa chce spać Tadeusza Chmielewskiego to istotne osiągnięcie filmu lat 50. Główną bohaterką komedii jest tytułowa Ewa, młodziutka dziewczyna z prowincji, która tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego przyjeżdża do miasta, by rozpocząć naukę w technikum. Niestety okazuje się, że internat jest jeszcze nieczynny, a ona musi poszukać miejsca na nocleg. W roli pięknej Ewy wystąpiła zjawiskowa Barbara Kwiatkowska-Lass, a jej ekranowym partnerem był Stanisław Mikulski, który wcielił się w rolę opiekuńczego policjanta towarzyszącego jej w nocnej wędrówce po mieście. Ewa chce spać nawiązuje do tradycji francuskiej burleski, obfituje w świetne gagi i kultowe teksty, które na stałe weszły do popkultury. 10. Playtime (1967) Jacques Tati stworzył całkowicie osobny świat i typ komizmu, który oparł o jedną ekscentryczną postać – pana Hulota. W filmie Playtime pan Hulot, udając się do jednej z dzielnic Paryża na umówione spotkanie z panem Giffard, trafia na wycieczkę Amerykanów. Fabuła ma charakter nieco absurdalny, działania bohaterów cechuje niespełnienie i swoista bezcelowość, a akcja rozgrywa się w kilku miejscach ukazujących miejskie życie, jak lotnisko Orly, dom handlowy, restauracja, ulica. W roli głównej wystąpił sam reżyser. Film stanowi kwintesencję kultowego kina Tatiego. Wcześniej powstały Wakacje pana Hulot (1953) i Mój wujaszek (1958), które zyskały ogromną sympatię widzów ze względu na charakterystyczne gagi. W Playtime pan Hulot został nieco zmieniony przez autora, rzadko pojawia się w całej pełni na ekranie, a także posiada sobowtórów. Tati posługując się komizmem, diagnozuje tu wady współczesnych społeczeństw konsumpcyjnych. 11. Rozwód po włosku (Divorzio all’italiana, 1961) Rozwód po włosku (1961) w reżyserii Pietro Germi to z kolei świetna komedia z Marcello Mastroiannim w roli głównej. Słynny włoski amant jako baron Fefe Cefale próbuje znaleźć pretekst, by uśmiercić swoją żonę Rosalię i ożenić się z piękną, młodą kuzynką. A wszystko to z powodu nielegalności rozwodów we Włoszech w latach 60. Rozwód po włosku to ogromna dawka śmiechu i reżyserskiej wirtuozerii. Nagrodzony Oscarem za najlepszy scenariusz Rozwód po włosku to jedna z tak zwanych „komedii sycylijskich”, które piętnowały wady włoskiego konserwatyzmu, szczególnie silnego na południu kraju. Jednym z przejawów opresyjności italskiego patriarchatu wobec kobiet był zakaz rozwodów, obowiązujący aż do lat 70 (!). Jednocześnie pobłażliwie traktowano bowiem tzw. zabójstwa honorowe żony na skutek jej zdrady, co jak można przypuszczać, okazało się tragiczną mieszanką. W filmie Germiego pragnący uwolnić się od żony hrabia próbuje więc popchnąć ją w ramiona innego, by zyskać pretekst do zabójstwa… 12. Żądło (The Sting, 1973) Kolejna pozycja na liście najlepszych komedii to Żądło (1973) George’a Roya Hilla. Akcja tego filmu toczy się w latach 30. Bohaterowie to natomiast dwaj gangsterzy, którzy chcą dokonać zemsty za zabójstwo swojego przyjaciela. W tym celu zamierzają zorganizować wielką mistyfikację. W rolach głównych wystąpili Robert Redford, Paul Newman i Robert Shaw. Nagrodzone siedmioma Oscarami Żądło to prawdziwe arcydzieło gatunku w stylu neo-noir. Ważną rolę odgrywają tu zdjęcia Roberta Surteesa zrealizowane w konwencji retro: w kolorach sepii, żółci i beżu. Poetykę nostalgii za przeszłością wzmacniają również klimatyczne utwory Scotta Joplina, które odpowiednio zaadaptował Marvin Hamlisch. 13. Nieme kino (Silent Movie, 1976) Komedia Mela Brooksa Nieme kino to świetna satyra na Hollywood i stare kino. Pewna wytwórnia filmowa chyli się ku upadkowi. Ekscentryczny reżyser wpada na pomysł realizacji niemego filmu z wielkimi gwiazdami, który ma uratować przedsiębiorstwo od bankructwa. Dzieło ma być klasyczną komedią slapstickową. Nieme kino można określić jako retro-parodię lub pastisz. Głównym pomysłem jest tu wskrzeszenie przeddźwiękowej formuły komedii jako dynamicznej serii gagów, bez dialogów. Celowali w niej tacy klasycy, jak Mack Sennet, Charlie Chaplin czy Buster Keaton. 14. Manhattan (1979) Komedie intelektualne Woody’ego Allena to niemal osobny podgatunek. Wśród nich szczególnie miejsce zajmuje Manhattan, nagrodzony dwiema statuetkami BATFA, a także nominowany do Oscarów i Złotych Globów. Głównym bohaterem jest czterdziestokilkuletni neurotyk-intelektualista, mieszkaniec Nowego Jorku. Po odejściu z pracy w telewizji zamierza zająć się pisaniem książki. Mężczyzna ma na koncie dwa rozwody i związane z nimi obciążenia alimentacyjne, niespodziewanie zaś zakochuje się w dziewczynie swojego przyjaciela. Manhattan Allena uznaje się za dzieło wybitne. Uwagę zwracają stylowe czarno-białe zdjęcia Gordona Willisa, wspaniale portretujące Nowy Jork. Oczywiście pojawiają się tu stałe motywy tego okresu twórczości reżysera, a więc autobiograficzna gra pomiędzy bohaterem a samym Allenem, wcielającym się w główną postać, a także analizy seksualnych frustracji amerykańskiej klasy średniej. Przede wszystkim to jednak komedia o poszukiwaniu sensu życia i odnajdywaniu go w codziennych, zwykłych sprawach. 15. Absolwent (The Graduate, 1967) Ten film należy do wybitnych kontynuacji „sophisticated comedy” z lat 30. XX wieku, a jednocześnie jest sztandarową pozycją kina kontestacji lat 60. Absolwent Mike’a Nicholsa opowiada o młodym mężczyźnie, który wikła się w romans ze starszą, wpływową kobietą – panią Robinson (Anne Bancroft), znajomą rodziców. Następnie zaś bohater zakochuje się w jej córce, Elaine (Katharine Ross). W głównej roli zadebiutował tu Dustin Hoffmann. Absolwent przeszedł do historii kina jako opowieść o buncie młodego pokolenia i przemianach społecznych w USA, jakie dokonały się pod wpływem kontrkultury. Film powstał na podstawie powieści Charlesa Webba, która została wydana w 1963 roku, a więc jeszcze przed masowymi ruchami hippisów. Mimo to ekranizacja, wyraźnie krytykująca zamożną klasę średnią stała się wyraźnym znakiem kontestacji. 16. Porozmawiajmy o kobietach (Carnal Knowledge, 1971) Kolejny film Mike’a Nicholsa w naszym rankingu komedii wszech czasów. Porozmawiajmy o kobietach to zabawna, ale też dająca do myślenia opowieść o skomplikowanej naturze ludzkich uczuć. Dwaj przyjaciele ze studiów (Jack Nicholson i Art Garfunkel) zakochują się w tej samej dziewczynie – Susan (Candice Bergen). Jeden z nich jest jej kochankiem, drugi marzy o Susan platonicznie. W końcu dziewczyna wychodzi za jednego z kolegów. Po latach cała trójka spotyka się ponownie. Film Nicholsa został doceniony przez krytykę, a odtwórczynię drugoplanowej roli, Ann Margret nagrodzono Złotym Globem. Obraz należy do nurtu przełamującego seksualne tabu w amerykańskim kinie. Co więcej, erotyka jawi się tu nie jako beztroska, radosna ludzka aktywność, ale dość mroczna sfera, która powoduje wiele uciążliwych problemów. 17. Monty Python i święty Graal (Monty Python and the Holly Grail, 1975) Monty Python i święty Graal to film, który otworzył cykl kinowych produkcji słynnej brytyjskiej grupy komików. W tym i kolejnym obrazie Jabberwocky (1977) w reżyserii Terry’ego Jonesa i Terry’ego Gilliama na warsztat zostały wzięte czasy średniowiecznej Anglii. Fabułę oparto na legendzie o królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu. Filmy Monty Pythona stanowią ostrą satyrę na wieki średnie, obnażając ich zacofaną mentalność i wszechobecny kult zabobonu. Na pierwszy plan wysuwa się tu drastyczny naturalizm i spartańskie warunki, w jakich żyli ludzie tamtych czasów, co stanowi ostrze wymierzone w nadmierną idealizację średniowiecza w narracji historyków. Najgłośniejszą pełnometrażową komedią Monty Pythona był zaś Żywot Briana (1979), stanowiący trawestację Nowego Testamentu. Głównym bohaterem filmu jest bowiem Brian, który rodzi się w Betlejem równocześnie z Jezusem Chrystusem, a następnie zostaje omyłkowo wzięty za oczekiwanego Mesjasza. 18. Tootsie (1982) To jedna z najzabawniejszych komedii lat 80. XX wieku. Tootsie (1982) Sydney’a Pollacka przedstawia historię pewnego bezrobotnego aktora, który w akcie desperacji postanawia przywdziać kobiecy strój i w takim przebraniu zdobyć upragniony angaż w telewizyjnej operze mydlanej. Wszystko jednak komplikuje się, gdy Michael (Dustin Hoffman) zakochuje się w ponętnej Julie (Jessica Lange). Tootsie to kultowa komedia, która dostarcza dawki zdrowego śmiechu i na dodatek jest prawdziwym majstersztykiem. Film Sydneya Pollacka zdobył trzy Złote Globy i dziewięć nominacji do Oscara. Ostatecznie Nagrodę Amerykańskiej Akademii Filmowej otrzymała Jessica Lange. Tootsie pod warstwą komizmu skrywa przemyślaną analizę amerykańskiej kultury, stereotypów płciowych oraz rozważań na temat psychoseksualnej tożsamości człowieka. 19. Seksmisja (1983) Do najlepszych komedii z pewnością można również zaliczyć kultową Seksmisję Juliusza Machulskiego. Akcja tej utrzymanej w konwencji science-fiction historii rozgrywa się w 2044 roku, kiedy ostatni żyjący na Ziemi mężczyźni – Maks (Jerzy Stuhr) i Albert (Olgierd Łukaszewicz) zostają wybudzeni z hibernacji. Okazuje się, że podczas ich kilkudziesięcioletniego snu planeta została niemal całkowicie zniszczona przez konflikt nuklearny, a ludzie musieli przenieść się pod ziemię. Przy okazji tych wydarzeń mężczyźni zostali całkowicie wyeliminowani, a światem zaczęła rządzić Liga Kobiet. Arcyśmieszna komedia Machulskiego została entuzjastycznie przyjęta przez polską publiczność, a później zyskała status filmu kultowego. Twórcy zawarli tu aluzje polityczne, czytelne zwłaszcza w kontekście stanu wojennego. Seksmisja na poziomie alegorycznym jest bowiem opowieścią o hańbiącym zniewoleniu polskich mężczyzn-wojowników przez komunizm, ale jednocześnie zawiera optymistyczną zapowiedź upadku autorytarnego systemu. 20. Dzień Świstaka (Groundhog Day, 1993) Dzień Świstaka (1993) w reżyserii Harolda Ramisa to jedna z najlepszych komedii lat 90. Przeżywanie w nieskończoność tego samego (a w dodatku najgorszego w życiu!) dnia przez pewnego prezentera pogody dostarcza okazji do wielu zabawnych sytuacji. W rolach głównych pojawili się Bill Murray i Andie MacDowell. Komedia została nagrodzona statuetką BAFTA za najlepszy scenariusz oryginalny. Czasowe zapętlenie, którego doświadcza bohater, pozwala mu przemyśleć swoje dotychczasowe życie, zrozumieć błędy i zastanowić się nad możliwą zmianą nastawienia do świata. Phil Connors nie grzeszy bowiem sympatycznością, a swoje życie uważa za pasmo niepowodzeń. 21. Goście, goście (Les Visiteurs, 1993) Najśmieszniejsze komedie to nie tylko amerykańskie hity. Duże zasługi na tym polu mają Francuzi. Świetny film Goście, goście został wyreżyserowany przez Jeana-Marie Poire, członka artystycznej grupy Splendid. Z powodu nieumiejętnie wypowiedzianego zaklęcia czarownicy dwunastowieczny rycerz Godefroy (w tej roli Jean Reno) wraz ze swoim giermkiem Jacquouille (Christian Clavier) zostają przeniesieni w czasie i trafiają do XX stulecia. Zostają ugoszczeni przez piękną panią Beatrice (Valerie Lemercier), potomkinię Frenegundy, ukochanej Godefroya. Film został zainspirowany słynnym Powrotem do przyszłości (1985) Roberta Zemeckisa. W zabawny sposób konfrontuje dawne i nowoczesne obyczaje, nie zawsze z korzyścią dla współczesności. O ile bowiem przybysze ze średniowiecza nie wypadają dobrze pod względem higieny i surowości w obejściu, to już np. kurtuazyjny stosunek do kobiet i szacunek dla rodziny budziły u publiczności sentyment za minioną przeszłością. 22. Taxi (1998) Taxi to komediowy hit lat 90. w reżyserii Gerarda Piresa według scenariusza Luca Bessona. Film jest komedią sensacyjną opowiadającą o szalonym pościgu pewnego taksówkarza i policjanta za niemieckim gangiem „Mercedesów” okradającym banki. A do tego dziwnego sojuszu dochodzi, gdy nieposiadający prawa jazdy gliniarz jako pasażer przyłapuje początkującego w korporacji kierowcę na poważnym przekroczeniu prędkości. Obiecuje umorzyć taksówkarzowi karę w zamian za pomoc w ściganiu groźnych przestępców. Film zdobył dwa Cezary w kategoriach najlepszy dźwięk i najlepszy montaż. W rolach głównych wystąpili Samy Naceri i Frederic Diefenthal. Taxi bardzo długo cieszyło się ogromną popularnością i doczekało się kilku sequeli. 23. Poznaj mojego tatę (Meet the Parents) Spośród komedii z I dekady XXI wieku warto obejrzeć Poznaj mojego tatę (2000). Film Jaya Roacha niezwykle zabawnie przedstawia pierwsze spotkanie Grega (Ben Stiller), spokojnego pielęgniarza z przyszłym teściem. Jack (w tej roli Robert De Niro) okazuje się naprawdę trudnym przeciwnikiem i nie chce łatwo oddać ukochanej córki. Film Poznaj mojego tatę doczekał się dwóch sequeli: Poznaj moich rodziców (2004) oraz Poznaj naszą rodzinkę (2010). 24. Nietykalni (Intouchables, 2011) Nietykalni (2011) Oliviera Nakache i Erica Toledano to zabawna komedia, a jednocześnie piękny film z przesłaniem. Jest to bowiem historia przyjaźni dwóch mężczyzn, która odmienia życie ich obu. Driss właśnie wychodzi z więzienia i z braku innego pomysłu na życie zatrudnia się jako opiekun sparaliżowanego milionera Philippe. Nietykalni to film o niepodważalnej wartości życia i czerpaniu z jego uroków w każdych okolicznościach. Ze względu na motyw przyjaźni ponad podziałami francuską komedię często zestawia się z amerykańskim filmem Green Book (2018). Nagrodzona trzema Oscarami komedia Petera Farellya z Viggo Mortensenem i Mahershalem Alim w rolach głównych podobnie jak Nietykalni opowiada historię opartą na faktach. Pokazuje jak wspólna podróż afroamerykańskiego pianisty i Amerykanina włoskiego pochodzenia mieszkającego na Bronxie odmienia spojrzenie ich obu na świat. 25. Zwierzogród (Zootopia, 2016) Nasz ranking dobrych komedii zamyka Zwierzogród, nagrodzona Oscarem animacja Disneya. Film opowiada o młodej policjantce-króliku Judy, która z entuzjazmem zaczyna wymarzoną pracę. Nudne wypisywanie mandatów za złe parkowanie nie zadowala jednak jej ambicji. Wkrótce wraz z drobnym złodziejaszkiem lisem – Nickiem Bajerem – Judy będzie mieć okazję rozwikłać naprawdę poważną zagadkę postępującej w mieście epidemii szaleństwa i agresji dotykającej kolejne zwierzęta. Zwierzogród to świetnie zrobiona animacja, która bawi zarówno młodą, jak i starszą publiczność, a przy tym jest prawdziwą gratką dla kinomanów. Film aż mieni się bowiem od prawdziwych perełek – aluzji do różnych arcydzieł filmowych i kultowych cytatów. Miesza również rozmaite style: od komedii, przez kino gangsterskie i horror po melodramat. Na najbardziej ogólnym poziomie jest to natomiast mądra opowieść o rozmaitych ludzkich osobowościach, które w imię wspólnego dobra – umowy społecznej – muszą znaleźć metodę na wspólne egzystowanie na jednym terenie – niczym różne gatunki zwierząt w Zwierzogrodzie. „W starym kinie” Stanisława JanickiegoRozmowę poprowadził Andrzej Pacuła Czy to rzeczywiście prawda, jak Pan to w różnych wywiadach opowiada, że kiedy zaczynał Pan pracę w programie „W starym kinie” nie miał Pan bladego pojęcia o przedwojennej polskiej kinematografii, cytuję: „nie odróżniał Barszczewskiej od Smosarskiej”? Rzeczywiście tak było, ale zaraz wytłumaczę dlaczego. Otóż po okresie stalinowskim nadszedł czas łapczywego nadrabiania filmowych zaległości. Dostępny stał się świat, o którym wcześniej tylko słyszeliśmy. Siedziało się wtedy w kinie od rana do nocy. Interesował mnie neorealizm włoski Zavattini, Rossellini, de Sica, francuska nowa fala z Jean-Luc Godardem, Francois Truffaut i inni wielcy mistrzowie współczesnego kina: Fellini, Antonioni, Bergman. Na tym tle przedwojenne polskie kino wypadało raczej blado. Wiec to pierwszy powód. A i sama telewizja niespecjalnie mnie uwodziła. Zanim do niej wszedłem na dłużej, współpracowałem głównie z Polskim Radiem. Pamiętam, jak jeszcze podczas studiów profesor Jerzy Toeplitz pokazał nam pierwsze eksperymentalne studio telewizyjne w Warszawie urządzone w jakimś mieszkaniu w starej kamienicy na Powiślu: dwa pokoje oddzielone od siebie wielką szybą. W jednym pokoju mieściła się „reżyserka”, a w drugim „studio”, gdzie siedział spiker i coś czytał z kartki. Nie było w tym żadnej magii. Zresztą nawet dziś, po tylu latach pracy przed kamerą, muszę powiedzieć, że istnienie telewizji tylko raz zrobiło na mnie wrażenie – kiedy oglądałem transmisję z lądowania człowieka na Księżycu. W teczkach archiwalnych znalazłem programy przedwojennych i powojennych filmów. Z jakąż klasą były drukowane rotograwiurowo i jakie imponujące nakłady – czterdzieści tysięcy egzemplarzy. To Pana kolekcja? Teraz moja, ale ten zbiór zawdzięczam telewidzom. Tu widać, po notatkach na marginesie, podkreśleniach, jak z niektórymi programami pracowałem. Te zakreślone fragmenty cytowałem w Starym kinie. A tu fotosy. Dostawałem czasami kilkadziesiąt listów tygodniowo, a w nich – nierzadko – zdjęcia, programy i wycinki prasowe dotyczące filmów przedwojennych. Oto pocztówka z Rudolfem Valentino, wydana przez kino Fenomen w Kielcach z podpisem: „Wybrani przez bogów umierają młodo”. Tu program filmu Prokurator Alicja Horn, a tam pocztówka z wizerunkiem Smosarskiej. Niektóre w kilku egzemplarzach, dlaczego? Telewidzowie czasem nadsyłali je równolegle, a ja niczego nie wyrzucałem i nie wyrzucam. Kadr z filmuStanisław Janicki. Notacje (2008)Stanisław Janicki w otoczeniu realizatorów programu „W starym kinie”: (od lewej) Halina Goszczyńska, Jan Bielawski, Ryszard Radwański, Elżbieta Stefanowicz (2 poł. lat 70.) Proszę spojrzeć na to zdjęcie. To chyba cała ekipa realizatorów Starego Kina. Pan mówi – Starego kina, ja zresztą też, tak wygodniej, ale rozumiem, że chodzi Panu o program „W starym kinie” (śmiech). Tak na tym zdjęciu jest cała ekipa. U góry po lewej Jan Burek, pierwszy reżyser, potem przyjął nazwisko Bielawski. Miał nadzór nad realizacją telewizyjną, montażem, uruchamianiem telekina i tak dalej. Niżej, po prawej, Ela Stefanowicz, kierowniczka produkcji, to sympatyczna, spokojna, zrównoważona – idealny kierownik produkcji w telewizji. Kojąco na nas wpływała. No i najważniejsza po programie kładła na stoliku umowę, którą podpisywałem wynagrodzenie za scenariusz i prowadzenie. A po lewej Hania Goszczyńska – absolutnie współtwórczyni Starego kina. Znaliśmy się od czasów studenckich. Po studiach Hania zaczęła pracować w telewizji i widywaliśmy się tylko od czasu do czasu. Pewnego razu zadzwoniła do mnie, że katastrofa, dziennikarz prowadzący program o filmie się rozchorował. Szuka zastępstwa. Program idzie na żywo… Rok 1967. Dlaczego zadzwoniła do Pana? Czy Pan już wcześniej pojawiał się w telewizji? W telewizji nie, tylko w radiu. Od kilka lat współpracowałem z redakcją programów na zagranicę i robiłem audycje kulturalne w języku niemieckim, o czym już mówiliśmy. Czyli pani Goszczyńska intuicyjnie wyczuła Pana możliwości telewizyjne? To była chyba rozpaczliwa próba znalezienia zastępstwa, ale wiedziała oczywiście, że dość dobrze mówię po polsku (śmiech). No, ale to jednak był program na żywo, musiała wierzyć w Pana możliwości, że tak zaryzykowała, skoro Pan wcześniej nie był na antenie telewizyjnej tylko radiowej? Nie wiem, co nią kierowało. Plansza ze zwiastuna programu „W starym kinie”Pomysł i realizacja Ryszard Radwański A jak Pan zareagował na tę propozycję? Z lekkim przerażeniem. Ale jak kobieta mnie prosi i to jeszcze bliska koleżanka, to się nie odmawia. I zrobiłem najpierw trzy programy w zastępstwie, czyli rozmowy z polskimi reżyserami. Ze Stanisławem Różewiczem poszło dobrze, z Jerzym Passendorferem także, znaliśmy się już trochę, a trzeci program katastrofa. Moja pierwsza wpadka. Miała to być rozmowa z Kawalerowiczem ale niemal w ostatniej chwili okazało się, że ma wyjazd zagraniczny. Nie przyjdzie. Program „na żywo”, fragmenty jego filmów przygotowane w telekinie, kto może go zastąpić? Lucyna Winnicka? Zadzwoniłem do niej i zgodziła się, ale tylko na rozmowę telefoniczną, bo ze względu na pewne problemy neurologiczne trafiła akurat do szpitala. Umówiliśmy się więc, że zadzwonię o określonej godzinie i centrala połączy mnie z jej oddziałem, którego nazwy miałem nie wymieniać, tylko podać numer wewnętrzny. Przypomnę, że program szedł „na żywo”. Jestem na antenie, obok mnie pusty fotel gościa, tłumaczę jego nieobecność i zapowiadam rozmowę telefoniczną z Panią Winnicką. Wykręcam numer i tu zaczął się koszmar: pi, pi, pi, zajęte. Wykręcam drugi raz, to samo. Coś tłumaczę telewidzom, ale wpadam w Panikę. Kiedy wreszcie odezwała się centrala, byłem tak zdenerwowany, że zapomniałem o ustaleniach, że mam poprosić tylko numer wewnętrzny, i wypaliłem: „poproszę z oddziałem neurologicznym”. No i gruchnęła po Warszawie wieść, że Winnicka jest w Tworkach. Miała o to do mnie pretensje dość długo. Niewielu ludzi wtedy odróżniało neurologię od ale skończyło się zastępstwo i cykl rozmów z reżyserami i myślałem, że do telewizji już nie wrócę. Ale po kilku dniach dzwoni Hania: program się spodobał, proponują nam kontynuację – godzinny program o starych filmach. Czy się zgadzam? Zgodziłem się bez wahania. I wtedy, w czasie rozmów z Hanią, zrodziła się formuła programu. Hania wymyśliła nazwę „W starym kinie”, a koncepcję ustaliliśmy banalną, choć niełatwą w realizacji – uczyć bawiąc, bawiąc uczyć. Oprawę plastyczną, także czołówkę, tę animację z panem z laseczką, z melodią Szpilmana – żartowano, że to jest mój portret – wymyślił i zrealizował Ryszard Radwański, scenograf programu. Na zdjęciu stoi obok Janka Burka. Pierwszy program nazywał się „Nie tylko Trędowata”. Nie tylko? Tak. Od pierwszego programu chcieliśmy widzom uświadamiać, że kino przedwojenne to nie tylko nurt popularny, który rzecz jasna dominował, ale również nurt ambitniejszy, zwłaszcza w końcówce lat 30. A potem, w ciągu tych trzydziestu dwóch lat metrykalnie Stare kino wciąż się przesuwało. Kiedy zaczynałem, starym kinem były filmy nieme i w ogóle przedwojenne, w latach 70. filmy z lat 40. i tak się ta granica przesuwała, ale nie wyszedłem poza cezurę lat 80. Dość szybko i odzew, z jakim program się spotkał, i listy od telewidzów uświadomiły mi, że czynię coś pożytecznego, że popularyzuję nie tylko filmy leżące na dnie zapomnianego na strychu kufra, ale też upowszechniam pewien stosunek do kina, mając umiejętność opowiadania o nim inaczej niż to było przyjęte. I tak jest do dziś, czego dowody mam na spotkaniach filmowych z publicznością. Kadr z filmuStanisław Janicki. Notacje (2008) Ile kamer Pana „zdejmowało”? W zasadzie dwie; były dwa plany: zbliżenie lub amerykański. W czasie, gdy program szedł „na żywo” były jeszcze dwie kamery, które pokazywały zdjęcia ilustrujące moje opowieści. Zdjęcia były ustawione na stojaku i ktoś z obsługi je przewracał. Program szedł „na żywo” od roku 1971 – to była twarda szkoła. Te straszne jupitery filmowe, przez które musiałem założyć czarne okulary i które wytwarzały w studiu tropik pustynny, pot lał się ze mnie strumieniami. A samo przygotowanie programu? Jak to przebiegało? Dzisiaj biorę płytkę DVD, oglądam film, wybieram czas, tak zwany time kod i koniec. A wtedy godzinami przesiadywałem w montażowni, przeglądając taśmy filmowe, z bardzo zresztą sympatycznymi montażystkami. Było w tym jednak coś niezwykłego, kiedy ta czarna taśma się przesuwała, kiedy wybierałem jakąś scenę, to czułem się trochę tak, jakbym żywych ludzi wybierał. To zupełnie inne uczucie niż teraz, przy tym co prawda ułatwiającym wszystko sprzęcie elektronicznym, ale czegoś w tym brak… Jednym z Pana znaków firmowych, wylansowanym przez program „W starym kinie” jest głos. Szczególna artykulacja, nienaganna dykcja, niski, wręcz zmysłowy ton i słynne „er”. Posiadająca podobną właściwość w głosie Ewa Wnukowa, śpiewa w Piwnicy pod Baranami piosenkę o „erotycznie brzmiącym er”, co jest „zabawką dla wyższych sfer”. Czy ten głos Pan dziedziczy po kimś w rodzinie? Nie. To mój własny wynalazek (śmiech). Nie ma nikogo w rodzinie, kto by tak mówił. Wybryk natury. A czy już w młodości odczuł Pan wartość tego głosu? Pracował Pan nad nim, ćwiczył dykcję, modulację? Odkrył wartość głosu? Dobre sobie. Pan wie, jak byłem z tego powodu prześladowany w szkole podstawowej? Przedrzeźniali mnie nieustannie. Do takiej desperacji mnie doprowadzili, że rozpytywałem, jak się można tego pozbyć. Któryś z kolegów mi wmówił, że trzeba w osobliwy sposób pić zimną wodę, z takim gulgotaniem. Próbowałem i nic. Wtedy inny kolega złośliwie mi doradził, żebym na mrozie, a zimy były wówczas prawdziwe, w największy mróz przytknął język do klamki zewnętrznej od drzwi, to mi zaraz przejdzie. Dobre sobie. Pewnie bym tam stał do dzisiaj… (śmiech). Ten mój zdefektowany i rozpoznawalny głos nie pozwala mi na anonimowość, nie pozwala mi się schować nawet, gdy czasem chciałbym. Program o Sergiuszu Eisensteinie nadawany na żywo ze studia w Pałacu Kultury (1968)Kadr z filmuStanisław Janicki. Notacje (2008) No i teraz Pana postać, którą zobaczyliśmy w roku 1967 na ekranach naszych Lazurytów, Korali, Szmaragdów i Neptunów: posągowy, chudy, czarne okulary, nienaganna marynarka, stonowany krawat, ani jednego zbytecznego gestu, lekki ruch palców, czasem całej ręki. Dziesięć lat miałem tę samą marynarkę, a w całym okresie Starego kina – dwie. Drugą, granatową, uszyłem sobie u krawca z Teatru Wielkiego. Krawaty rzeczywiście były stonowane, w pasy, nigdy wzorzyste. Czy to był Pana strój cywilny, czy z garderoby telewizyjnej? To był mój strój cywilny i na początku zresztą dość skromny. Ja bym w życiu nie założył kostiumu. Raz jeden, jak zaproponowali mi, żebym z panią Lidią Wysocką poprowadził sylwestrowy wieczór telewizyjny, założyłem smoking. I ładnie na Panu leżał? Wbrew Pana złośliwej sugestii (śmiech), nie tylko ładnie leżał, ale jak ulał… Jeszcze makijaż i włosy. Jak to się zmieniało? Czy włosy Pan farbował? Nigdy. Ale był z nimi inny problem. W latach siedemdziesiątych nosiłem długie włosy, których wszechwładny prezes Szczepański, zwany „krwawym Maciusiem”, na antenie nie tolerował. Więc przed każdym nagraniem Hania Goszczyńska mi je zaczesywała „na gładko” i upinała spinkami. Prezes nic nie zauważył. Nie mogłem tylko za bardzo głową ruszać, no ale to akurat nie było w moim makijaż? W pierwszym okresie tylko mnie pudrowali, żebym nie świecił, potem, z upływem lat, dodawali więcej… Pan Szczepański miał jeszcze jedną idiosynkrazję, która i mnie dotyczyła. Z nieznanych mi do dziś powodów nie znosił Toli Mankiewiczówny, jednej z najpopularniejszych przedwojennych aktorek, piosenkarek, śpiewaczek operowych i operetkowych. I jak sobie z tym radziliśmy? Wiedzieliśmy, kiedy prezes nad prezesami wyjeżdża za granicę lub na dłuższy urlop, który zwykle spędzał na jachcie, a tam – o czym było wiadomo – nie miał w programie oglądania krajowej telewizji. No i wtedy włączałem do Starego kina filmy z udziałem Mankiewiczówny. Kadr z filmuGdy królowały gwiazdy (1975) A korzystał Pan z usług chirurga upiększającego? Nigdy w życiu. Kto Pana wymyślił, kto tak ustawił w kadrze? Nikt tego nie wymyślał. Czy tę statyczną pozycję przyjmował Pan na długo przez rozpoczęciem programu, ćwiczył się w tym znieruchomieniu? Niczego czego nie ćwiczyłem (śmiech). Pan sobie pokpiwa. Jedyna rzecz, która mnie denerwowała, to charakteryzacja. Była robiona na miejscu, w studio siedziałem na swoim krześle, a Pani mnie pacykowała. Czyli od pierwszego programu Pan usiadł przed kamerą i zastygł? Tak. I tak samo siedziałem do niedawna w Kino Polska (luty, 2018). Siadałem tak, jakbym siedział u Pana w domu przy stole, przy herbatce. .. Zna Pan już tę opowieść… W 1967 roku miał Pan tę świadomość? Podświadomość. Zjawiłem się w studiu, przybrałem tę pozycję, wiedziałem, gdzie jest kamera i zacząłem mówić. I jeszcze wiedziałem, że powinienem się zachować przyzwoicie (śmiech). A czarne okulary to nie była kreacja? Nie, nie była. To była ochrona oczu przed bardzo ostrym światłem. Kadr z filmuGdy królowały gwiazdy (1975) Karykaturzyści pewnie narzekali na te okulary, bo one dominują, prawie Pana zasłaniają? Przeciwnie, bardzo im to ułatwiało życie. Wysokie czoło, długi nos, wystający podbródek – pole do popisu. Mam kilka fantastycznych karykatur, jedną nawet zrobił mi rosyjski reżyser filmowy, nie pamiętam nazwiska. Mieliśmy gdzieś spotkanie z delegacją filmowców radzieckich i po zakończeniu podszedł do mnie i z uśmiechem wręczył mi kartkę z karykaturą. Nie sądzę, żeby znał mój program, po prostu zobaczył dziwną twarz i ją narysował. Ale gdzieś się ten rysunek zawieruszył. Na co dzień też Pan używa ciemnych okularów? Nie, tylko w studiu. Wolałbym jednak, żeby mnie kojarzono nie tylko przez ciemne okulary. Mam jeszcze kilka innych cech. Był taki czas, że w zależności od epoki, zarzucano mi, iż kopiuję Zbyszka Cybulskiego, potem dyktatora Pinocheta, a na koniec generała Jaruzelskiego (śmiech). Na początku programu, koniec lat 60. były fatalne, filmowe reflektory, przeraźliwie oślepiały, w studiu był upał, ale potem światła się poprawiły. Nie oślepiały i nie pociły. No i, przepraszam, że Pana łapię za słowo, ale jak Pan zaczynał swój program w Kino Polska (2004), to zapytał Pan właścicieli – jakie okulary ma Pan mieć na wizji: jasne czy ciemne? I oni orzekli – ciemne. I teraz mam pytanie. Pozwoli Pan, że zacznę od Mcluhana… Pozwalam. Od Mcluhana, który przewidział, że media informacyjne same staną się informacją, przekaźnik sam w sobie stanie się przekazem. I w Pana przypadku to się stało. Pan stał się przekazem kultury filmowej, kimś rodzaju arbiter elegantiarum. Zanim Pana poznałem, podejrzewałem, że to kreacja, właściwie autokreacja. Ale teraz, po tylu miesiącach rozmów, mieszkania pod wspólnym dachem, mam wrażenie, że jest taki sam na wizji, jak w „realności”, że Pan nie wymyślił tego Pana w czarnych okularach, tej swojej postaci telewizyjnej, Pan nią był i – na swój sposób – nadal jest. Jest? Tak, Pan nią jest. Może ma Pan rację, patrząc od strony telewidza. Ale z mojej strony to było naturalne. To było we mnie, ja niczego w moim bycie telewizyjnym nie wymyślałem. Nic tam nie było robione sztucznie. Źródło zdjęcia: A ten kandelabr, ten stolik, ta kurtyna? To scenograf, Rysio Radwański. On miał duży wkład do programu. Ale po kilku latach i jemu, i mnie zależało na tym, żeby zmienić ten schemat, tę statyczną sytuację studyjną. I zmienialiśmy, a on żartował, że wreszcie ma co robić jako scenograf. Raz, kiedy robiłem program o horrorach, to on stał za mną, podświetlony za białym płótnem, z toporem wzniesionym do ciosu. Jak sylwetka w teatrze cieni. To przejdźmy teraz do Pana pracy. Jak Pan się przygotowywał do programu? Na początku zawsze się pojawiało coś, czego nie wiedziałem. Więc dużo siedziałem po bibliotekach i archiwach filmowych. To wszystko było dla mnie nowe. Cała moja wiedza w tym zakresie pochodziła z lat studenckich, ze studium filmoznawczego, na którym profesor Toeplitz raz tylko nam urządził projekcję kilku filmów z kina przedwojennego. Nawet nie pamiętam, co tam było. I nauczył się Pan rozróżniać aktorów? Nauczyłem. A ponieważ lubię się uczyć, lubię rzeczy nowe, to mnie to po prostu wciągnęło. I wkrótce nie tylko rozróżniałem aktorów (śmiech), ale miałem przerobiony niemal cały istniejący zasób archiwalny kina przedwojennego, począwszy od filmów niemych – polskich i zagranicznych. Mówię niemal, bo sporo rzeczy odkryto później, w ciągu ponad trzydziestu lat istnienia Starego kiedy już miałem opanowaną wiedzę o kinie przedwojennym i o samej epoce, kiedy poznałem treść i formę niemal wszystkich filmów, wchodziłem w szczegóły, które mogły interesować widzów. Mnie zawsze interesowało, jak ludzie kiedyś żyli i ze scen rodzajowych w filmach przedwojennych można sporo wywnioskować ówczesnych obyczajach pozafilmowych. Interesowała mnie moda, kostiumy, materiały, aż do takich szczegółów, ile, jakich i kto miał guzików przy marynarce? Jak się ubierali ludzie w różnych sytuacjach. Jak biedacy, a jak ci o stałych dochodach? Jak ubierali się do Adrii, a jak na co dzień, jak ubierał się właściciel zakładu malarskiego na Starówce, a jak Panie biuralistki? Później zaczęło mnie interesować, jakim językiem posługują się bohaterowie filmów, rzeczy obyczajowe: jak się witają, jak żegnają, jak się umawiają na randki, jak ta randka wygląda i tak dalej. Jeśli się pod tym kątem patrzy na te filmy, to się widzi niesamowitą przepaść między tamtymi czasami a współczesnymi. To nie do wyobrażenia. Człowiek z lat trzydziestych przeniesiony w nasze czasy uznałby prawdopodobnie, że żyjemy w domu i zawsze – i nie tylko w kinie – interesowały mnie samochody, szybko nauczyłem się rozróżniać te przedwojenne: czy Daimler, czy Chevrolet, czy Fiat, chociaż akurat Fiata poznawałem bez pudła. Tyle jego reklam się naoglądałem, że rozpoznawałem pierwsze lata używałem tylko fragmentów filmów, wybierałem z filmów lepszych i słabszych, jakieś perełki, ujawniające talent reżysera, talenty aktorów i tak dalej. A w każdym filmie, nawet najsłabszym, jakąś perłę można znaleźć, choćby jedną dobrą scenę, aktorów na drugim planie. Moim zdaniem, w kinie przedwojennym wśród najciekawszych zjawisk należy wymienić właśnie role aktorów drugiego planu, by wspomnieć tylko Mirę Zimińską, Michała Znicza, Stanisława Sielańskiego i Junoszę-Stępowskiego. Ekipa filmowców podczas realizacjiJak cudne są wspomnienia (1977)Prawa do zdjęcia:fot. Jerzy Troszczyński / FINA Poproszę o przykład dobrej sceny w filmie słabym. W Manewrach miłosnych, komedii prościutkiej, a właściwie filmowej farsie, wyróżniłbym scenę przebierania, zakończoną fantastycznym czardaszem Lody Halamy. Telewidzowie mieli mi czasem za złe to fragmentowanie filmów. Pisali listy, domagali się zaprzestania puszczania fragmentów i projekcji filmów w całości. Były listy przymilne, stanowcze i zawierające groźby „poważnych konsekwencji” (śmiech). Niech zgadnę: najczęściej domagano się Trędowatej? Zgadł Pan, ale to chyba nie było trudne? Tak, domagano się najczęściej filmów w rodzaju melodramatycznym, a z komediowych, przede wszystkim Manewrów miłosnych i Papa się żeni. Choć najlepszymi komediami były Antek policmajster, Piętro wyżej czy Zapomniana melodia. Ale to też było tak, że jeśli nawet pokazywałem Trędowatą, to w takim kontekście, w zestawieniu z takimi filmami, żeby widz sam mógł wyciągnąć wnioski. Nie dyskwalifikowałem żadnego filmu – choćby to była owa Trędowata, starałem się podpowiadać na półuśmiechu, lekko się dystansując, że są jednak inne możliwości, inne warianty realizacji tego samego tematu. Nie mogłem być okrutny wobec ludzi, którzy do mnie pisali listy w tonie: „Wie Pan, to oczywiście kicz, ale to był pierwszy film, na którym byłam z moim…” Dlaczego miałem odmawiać ludziom wzruszeń? Gdybym miał analizować fenomen programu „W starym kinie”, to bym wyróżnił następujące cechy. Nie wiem, czy wszystkie, ale spróbuję. Po pierwsze: ten sam prowadzący. To oczywiste. Po drugie: niezmienność. Wszystko się zmieniało, polityka, społeczeństwo i telewizja, a Pana program tkwił w tej samej formule, z odpowiednimi modyfikacjami. Akceptuję – niezmienność. Nadchodzą lata 80., nie ma kawy, nie ma szynki, nie ma prawie niczego, a w telewizji jest facet, który jakby to wszystko lekceważy, nadal jest elegancki, powściągliwy i przypomina, że istnieje coś trwalszego od bieżącego problemu. No i kompetencja. Wiadomo, że Pan opowiadał to, co Pan wiedział, czyli mówił Pan z głowy. Pan mnie przecenia. Miałem zawsze kartkę – ściągawkę, zamaskowaną na stoliku, a na niej hasłowe dyspozycje. Ale tak było tylko w latach programu „na żywo”, czyli do roku i pewne sformułowania, na przykład: „Marlena Dietrich” i jakiś jednozdaniowy opis. Ze mną jest tak, że umiem interpretować swój własny tekst, ja wiem, co chcę powiedzieć, więc wystarczy tylko dyspozycja. Stanisław JanickiPrawa do zdjęcia:fot. Jerzy Troszczyński / FINA No i do tej niezmienności, elegancji, kompetencji oraz emocji wynikających z samej tematyki filmów, z tych możliwości cofania się w czasie, które Pan fundował pokoleniom swoich widzów, dodałbym cechę kolejną: łączył Pan umiejętność popularyzatora z jednak nieco zdystansowanym historykiem kina, bo jako krytyk i jako historyk kina Pan wiedział, jaka jest wartość filmów w rodzaju przysłowiowej już Trędowatej. Miał Pan zatem i łatwą, i trudną rolę. Ale przede wszystkim był Pan i jest osobowością telewizyjną. A to się ma lub nie ma. Tego nie można się wyuczyć na wieczorowych kursach bezczelności i ignorancji, co w dzisiejszej polskiej telewizji publicznej i prywatnej bywa nazywane „osobowością”. Czuje Pan już zapach kadzideł? I czuję, i widzę… (śmiech). Z natury rzeczy jednak jestem człowiekiem skromnym. Jestem przedwojenny i byłem uczony, że człowiek nie powinien pchać się do pierwszego rzędu. To, o czym Pan mówi to jest prawda, ale absolutnie poza mną. Ja siebie tak wówczas nie odbierałem i dzisiaj tak nie odbieram. Ale też nie będę się wypierał, że dziedzinę taką jak telewizja, gdzie jednak przekaz jest ważny, to jakoś się wpisałem. Wie Pan dobrze i jako krytyk, i jako reżyser, że jak się postawi człowieka przed kamerą telewizyjną, to już po kilku minutach widać, czy on udaje kogoś, czy jest sobą. W telewizji Kino Polska, gdzie prowadziłem swój program przez szesnaście lat, konwencja była taka sama jak w Starym kinie. Nie mogło być innej. Bo to już nie jest tylko koncepcja na program telewizyjny. To był, to jest po prostu mój sposób bycia. Kto mnie zna to wie, że ja tak samo rozmawiam w sytuacjach prywatnych. Dla mnie nie ma znaczenia, czy mówię do jednej osoby, tak jak do Pana teraz, czy do dziesięciu milionów. Ważne jest, jak ja to mówię. Ja w tym przypadku działam absolutnie emocjonalnie, ale nie wyłączam przecież aparatu myślowego. Ja rozmawiałem z moimi widzami, jakbym każdego z nich odwiedzał w jego domu, na jego zaproszenie. I ja ich nigdy nie pouczałem. Oczywiście wiedziałem, że oni w tym, czy w innym przypadku wiedzieli mało, ale ja im to miałem tak powiedzieć, żeby to wzbudziło ich zainteresowanie, a nie ex cathedra. Traktowałem widzów jako kogoś mi bliskiego. Miałem świadomość, że mówię do publiczności telewizyjnej, czyli masowej, do różnych osób, od uczniów do profesora Tatarkiewicza, od kręgów inteligenckich do – niczego nie ujmując – kręgów robotniczych. Usuwałem z moich opowieści słowa napuszone i pobrzmiewające naukowym slangiem, które zastępowałem słowami powszechnie zrozumiałymi. Prostota i jasność nie oznacza prostactwa. Wszystko można opowiedzieć po polsku, nie używając obcych że mówi się do masowej widowni jest przyjemne i jednocześnie trudne. Trzeba mieć świadomość różnego stopnia przygotowania do percepcji programu. Ponadto zawsze uważałem, że moje audycje telewizyjne to nie kino wiem, do czego bym się przyczepił dzisiaj, ale wydaje mi się, że robiłbym Stare kino tak samo. Chociaż czasami błędy popełniałem straszliwe, zwłaszcza w przypadku aktorów drugo- i trzecioplanowych. Kadr z filmuStanisław Janicki. Notacje (2008) W Pana archiwum, w trzech teczkach z napisem „W starym kinie – listy od telewidzów”, nie ma listów pochwalnych, nie ma zaproszeń na śluby, wesela i inne uroczystości rodzinne, nie ma ofert matrymonialnych. Są natomiast listy wzbogacające wiedzę o historii przedwojennego kina, listy prostujące omyłki, są listy od ludzi, którzy mieli styczność z warszawskim środowiskiem aktorskim podczas okupacji hitlerowskiej, ukazujące wojenne losy aktorów w zupełnie innym, nierzadko niespodziewanym świetle i kontekście. Tak. Jedni pisali, że za dużo miejsca poświęcam Smosarskiej, a inni, że za mało. Różnie to było. Ale rzeczywiście, tej współpracy z telewidzami dużo zawdzięczam. Widzami tych najdawniejszych moich programów byli przecież ludzie, którzy te filmy widzieli przed wojną, niektóre znali na pamięć. Podobno dostawał Pan tych listów kilkadziesiąt tygodniowo? Potwierdzam. Co tydzień Hania (Goszczyńska) wręczała mi duży pakiet. Wszystkie, czy już przebrane? Wszystkie. No one były różne; jak zawierały konkretną sprawę lub pytanie to odpowiadałem, ale na listy gratulacyjne… …lub z oświadczynami? …raczej nie odpowiadałem. Ale wiele listów zawierało poruszające historie, czy to związane z wojennymi losami aktorów, czy z losami ich autorów, ludzi, którzy się zwierzali i opowiadali, co ich w życiu spotkało. Nawet wpadłem na taki pomysł, żeby zrobić osobny program – „portrety z listów” i zwróciłem się do widzów z prośbą o opisywanie swoich spotkań z ludźmi przedwojennego kina. I sporo tych opowieści zebrałem. Sam też znajdywałem smaczne anegdotki, choćby tę o Fertnerze, którą zresztą opowiadałem ostatnio (2016) na spotkaniu w Częstochowie, jego mieście rodzinnym. Otóż, kiedy blisko siedemdziesięcioletniemu Fertnerowi urodził się syn, jeden z jego z przyjaciół zdumiony zapytał: jak to możliwe? Na co Fertner odparł spokojnie: kochanieńki, to jest złośliwość przedmiotów martwych… Wiele listów od telewidzów zawiera opowieści osobiste, wręcz intymne, widać potrzebę zwierzenia się komuś, kogo nadawca uznaje za autorytet? Ja nie uważałem się za autorytet, może raczej za powiernika. Ci ludzie byli samotni, anonimowi i szukali kogoś, z kim mogą porozmawiać o swoich sprawach, w tym świecie, który tak strasznie nas rozdziela, nawet najbliższych… Z widzami Starego Kina – a był to przekrój przez całe społeczeństwo – miałem dość dobry i wielostronny kontakt, nie tylko przez listy; na ulicy, na przystanku, w restauracji, w pociągu, ktoś mnie rozpoznawał i zaczynała się rozmowa. Miałem też nieustanny kontakt dzięki spotkaniom z widzami w klubach filmowych czy w domach kultury. Zdarzały się sytuacje zabawne. Kiedyś napisały do mnie maturzystki z prośbą o przygotowanie im pracy maturalnej na jakiś temat filmowy, chodziło o adaptację. W odpowiedzi wskazałem im niezbędne lektury i życzyłem pomyślności. Kadr z filmuStanisław Janicki. Notacje (2008) Czy miał Pan w tym programie ingerencje cenzury? Dwa, trzy razy. Robiłem program o Leonardzie Buczkowskim nie mogłem pominąć jednego z jego najlepszych filmów, Wiernej rzeki według Żeromskiego. Wtedy w polityce historycznej PRL, było wyraźne rozgraniczenie pomiędzy Rosją carską a Związkiem Radzieckim, nie przypuszczałem więc, że to może nie przejść. Ale okazało się, że cenzor nie wyraził zgody na puszczenie fragmentu, w którym pojawiają się Kozacy. Absurd, bo przecież Wierna rzeka była lekturą szkolną, ale pokazać w telewizji, a przeczytać, to była różnica i cenzura stosowała różne kryteria. Obraz uznali za groźniejszy. Mniej więcej w tym samym czasie zatrzymano premierę Wiernej rzeki w reżyserii Tadeusza Chmielewskiego. A drugi przypadek, to bardziej tragiczny splot okoliczności. Pod koniec roku 1970 przygotowałem program o Sergiuszu Eisensteinie. Nie można zrobić programu o nim nie pokazując Pancernika Potiomkina i sceny masakry na schodach odeskich. Program miał iść w grudniu, a na Wybrzeżu tragedia, w Gdyni i Gdańsku zginęli ludzie. Cenzura nie puściła. I tu się nie dziwiłem. Program poszedł pół roku później. A jakie miejsce Stare kino zajmowało w słupkach oglądalności? Wysokie, no nie wyższe niż „wiadomości”, ale wysokie. Nigdy nie miałem problemu z oglądalnością. Ja nie powiem ile dokładnie, bo mnie to nie interesowało. Już od początku lat 70. poszerzał Pan formułę programu „W starym kinie”, zapraszał Pan do studia rozmówców z różnych epok i dziedzin filmowych, robił programy monograficzne poświęcone poszczególnym twórcom kina, inscenizacje, na przykład o Junoszy-Stępowskim oraz filmowe portrety uznanych już polskich reżyserów, a ściślej filmowe opowieści o ich pierwszych filmach. Gatunkowo to były właściwie filmowe reportaże o pierwszych filmach wybitnych reżyserów z ich udziałem. Chciałem początkowo zrobić to pod hasłem „mój pierwszy film”, ale niektóre debiutanckie filmy były no takie, że lepiej ich nie przypominać. Niemal od samego początku programu zdawałem sobie sprawę, że nie mogę się ograniczyć tylko do starego kina. Mówienie o przeszłości bez odniesień do współczesności i mówienie o kinie współczesnym bez spojrzenia na jego przeszłość nie ma sensu. W filmie, jak w każdej sztuce wszystko z czegoś wynika i do czegoś zmierza. Dlatego starałem się łączyć przeszłość z teraźniejszością i wykorzystywać różne formy telewizyjne i się przełamywać schemat programu, proponować widzom coś w rodzaju spektaklu-widowiska, które powinno tłumaczyć się samo przez się. Zrobiłem, na przykład, dwa programy o Bogumile Kobieli, pierwszy – o Kobieli znanym, i drugi o nieznanym, z filmów praktycznie niedostępnych szerokiej publiczności. Program o Junoszy-Stępowskim zrobiłem w formule inscenizacji jego – taki zresztą to miało tytuł – Listów miłosnych do Mary, którą zagrała Małgosia Braunek. Nakręciliśmy to poza studiem, w Pomarańczarni. Zrobiłem, jakoś kilka tygodni po jego śmierci, program o Zbyszku Cybulskim. Połączyłem fragmenty filmów z jego wypowiedziami z wywiadów fragmentami jego listów. Notabene ten akurat program nadano bardzo wczesnej porze, o godzinie dziesiątej przed południem i podejrzewam, że uszedł uwadze wielu widzów. W innych programach zajmowałem się adaptacjami filmowymi prozy, na przykład Marii Dąbrowskiej czy Lwa Tołstoja. Pokazywałem odpowiednie sceny filmowe, a aktorzy czytali wybrane fragmenty prozy. Na początku musi być pomysł, a ten, jak wiadomo, przychodzi w sytuacjach najróżniejszych. Czasami czytałem po prostu o filmie i natrafiam na problem, który wydał mi się punktem wyjścia do programu, czasem kilka tytułów filmowych zaczynało mi się. składać w pomysł. Także w listach od telewidzów znajdowałem nie zapomnę ostatniej rozmowy z bardzo już chorą Mieczysławą Ćwiklińską. Miała wtedy 93 lata i była już w Konstancinie. Rozmowa trudna, nie kleiła się, mimo, że pytania i odpowiedzi były zawczasu jej przygotowane. Wszystko to było jakieś rwane… Niemniej na koniec zadałem pytanie, które tak naprawdę nie powinno paść, bo odpowiedź wydaje się tak oczywista, jak słońce. Ale zapytałem ją, co w całej jej karierze było ważniejsze: film czy teatr? A wtedy ona, jakby zapomniała o chorobie, o bólu, o trudnościach w mówieniu, wyprostowała się, uśmiechnęła i z emfazą wykrzyknęła: „Teatr! Tylko teatr… Bo ja kocham teatr!”.Chyba w tym samym czasie zrobiłem długą rozmowę wspomnieniową z Juliuszem Lubicz-Lisowskim. To była postać… Wysoki, postawny, czupryna siwa, lwia, figura jak spod igły. Świetnie się prezentował. Grał w niesamowitej ilości filmów. Przed wojną debiutował w Moralności Pani Dulskiej, pierwszym polskim filmie dźwiękowym. Powodem rozmowy były jego książki wspomnieniowe. Chciałem, żeby te wspomnienia były także przez niego opowiedziane. Ale w pewnym momencie zauważyłem, że on już nie pamięta. Pytałem go o rzeczy, które opisał w książce, ale już miał kłopot, żeby je sobie przypomnieć. Więc poprosiłem, żeby odczytał te fragmenty, które uważa za ważne i to się dobrze nagrało. Kadr z filmuGdy królowały gwiazdy (1975) Następnie nagrał Pan długą rozmowę z Elżbietą Barszczewską w Pałacu Łazienkowskim. Dlaczego tam? A gdzie? Jak Pan myśli? Gdzie można rozmawiać z Pierwszą Dama Polskiego Teatru i Filmu? Każde wejście było w innej sali, zaczynaliśmy od rozmowy w sali balowej, a potem w następnych, równie dostojnych wnętrzach. W swoim programie był Pan między innymi promotorem przedwojen­nych aktorów, dał im Pan „drugie życie”, przywrócił do współczesnego obiegu kulturalnego zapomniane gwiazdy: Jadwigę Smosarską, Elżbietę Barszczewską, Marię Malicką czy Eugeniusza Bodo. Czy rzeczywiście to były gwiazdy? Zbigniew Cybulski powiedział mi kiedyś: „jaki tam ze mnie gwiazdor, skoro można mnie spotkać rano w sklepie, jak kupuję mleko.” No właśnie. Parę lat temu szukałem słów do piosenki Lili Marlen i zacząłem przeglądać książki o Marlenie Dietrich w mojej bibliotece. Natrafiłem też na album z jej zdjęciami i… ona mnie znowu zachwyciła. Emanuje z niej „boskość”, zwykle przypisywana Grecie Garbo. To był ktoś. I za tym tęsknię – za stylem, za klasą, za legendą. A dziś? Dużo nowych, efektownych twarzy, o których po roku nikt nie żyją w niedostępnym dla nas świecie, gwiazdy tworzy system, pracochłonny, kosztowny i precyzyjnie wymyślony. Gwiazdą nie może być ktoś, kto tylko gra w świetnych nawet filmach, ale ktoś, kto istnieje niezależnie jako postać vanity fair. A wymyślili to panowie Goldwyn, Mayer i Warner, kiedy odkryli, a byli to inteligentni ludzie, że, z punktu komercyjnego, ważny jest nie tylko sam bohater filmowy, ile i aktor, który go odtwarza. Zaczęli więc tworzyć z aktorów samodzielnych bohaterów, którzy z czasem stali się ważniejsi od postaci, które odtwarzali na ekranie, zaczęli żyć swoim własnym, gwiazdorskim życiem. Nie było ważne kogo gra Garbo, Bogart czy Rita Hayworth, ważni byli oni sami, ich życie, problemy, blask, blichtr, ich niedostępność, owa rzekoma „boskość”, z której pokpiwał Cybulski. Zdegenerowaną formę tego zjawiska obserwujemy dziś w postaci „celebrytów”, czyli… Może nie psujmy sobie nastroju… Zajmują mnie twórcy i aktorzy z prawdziwego zdarzenia. Greta Garbo miała status gwiazdy, ale i nieprzeciętny talent aktorski, kształcony i rozwijany latami, nienaganny warsztat i – co może najważniejsze – miała osobowość. To nie było puste. A przedwojenne gwiazdy polskiego kina? W tym sensie, że gwiazda, to ktoś, kogo każda godzina i minuta życia jest sprzedawana w mediach – to takich gwiazd nie mieliśmy. Dlaczego? Otóż na przykład Jadwiga Smosarska – najpopularniejsza, najbardziej wielbiona przez widzów aktorka przedwojenna, była osobą, która nie znosiła dziennikarzy, unikała fotoreporterów i jakiegokolwiek szumu wokół swojej osoby. Czasami komuś udawało się zamienić z nią dwa, trzy zdania. Inna postać, niesłychanie popularny Kazimierz Junosza-Stępowski po prostu wyrzucał dziennikarzy i fotografów za drzwi. Co to za gwiazdy, które stronią od mediów i trzymają swoje życie prywatne w tajemnicy? Kadr z filmuKanon polskiego melodramaturealizacja: Polskie Kino I Pana asystentka by mnie do Pana nie dopuściła… Kiedy nadchodził czas programu „W starym kinie” w naszym domu, czyli w blokowym mieszkaniu, zasiadaliśmy przed telewizorem całą rodziną i z kilkoma sąsiadkami, które jeszcze nie miały Lazuryta. Osiedle zamierało. Nawet najzagorzalsze plotkarki znikały z ławek. Wiem, że plotkarki z ławki osiedlowej to nie jest zbyt wyrafinowana miara jakości, ale nie tylko one Pana wielbiły. Także moja mama, znajomi nauczyciele, urzędnicy, ludzie po studiach, ludzie różnych zawodów i w różnym wieku. Czy Pan nadal znajduje potwierdzenie tej swojej roli, z czasów Starego Kina na spotkaniach filmowych? Tak. Powtórzę. Kiedy mnie o to pytają, o Stare kino, niezmiennie odpowiadam, dlatego państwo zapamiętaliście ten program, i mnie w nim, ponieważ ja się zachowywałem tak, jakbym przyszedł do was z wizytą. Siadamy przy stole, na stole czekają ciasteczka domowej roboty, pani domu podaje herbatkę… A co z panem domu? Wychodzi z psem na spacer (śmiech). A mówiąc serio: to jest nie tylko sprawa mojego stosunku do telewizji, ale rodzaj łączności z setkami tysięcy ludzi, którzy to oglądali. Jak się należało zachować, żeby nawiązać kontakt z tymi bezimiennymi tysiącami? Oni oczekiwali od nas czegoś nadzwyczajnego, po to siedzieli przed telewizorem, żeby to przeżyć – coś nadzwyczajnego. Ale nie było we mnie potrzeby zaistnienia za wszelką cenę, to było, jest i mam nadzieję zawsze będzie – mi obce. A wracając do spotkań z widzami – nikt nie zadaje mi pytań krępujących, żenujących i temu podobnych. Dlatego wciąż się na spotkania zgadzam. Dla mnie te potkania to sama przyjemność. Spotykam się przecież z ludźmi, którzy mi towarzyszą od niepamiętnych czasów i mają do mnie, do tego, co zrobiłem stosunek pozytywny. Boże, co myśmy dzięki ranu przeżywali… Był Pan jedną z najpopularniejszych telewizyjnych postaci lat 70. Czy popularność, sława, rozpoznawalność ułatwiały Panu życie i skłaniały do pokus? Jestem zdumiony tym co Pan mówi, dlatego, że ja absolutnie nie miałem, co więcej, nie mam do tej pory świadomości rozpoznawalności, która przynosi apanaże, nie mówię o materialnych, bo tych na pewno nie. Nie było nic takiego. My byliśmy wtedy, no jednak krajem zgrzebnym – mówię o latach 60., 70. i 80. Poza tym, dzięki tym ciemnym okularom, gdziekolwiek pojawiałem się bez nich, to mnie nie rozpoznawano. Kadr z filmuCudzoziemcy w polskim filmierealizacja: Polskie Kino A opowiadał Pan, że taksówkarze i dzisiaj jeszcze Pana rozpoznają. Po głosie… Nigdy ta popularność nic Panu nie ułatwiła w życiu? A jak chciał Pan kupić fiata 125p, na który zwykły obywatel czekał lat kilka i dłużej, to nie wykorzystał Pan swojej popularności i znajomości w Warszawce? Nie. Nigdy. Mowy nie ma. Najpierw kupiłem na raty syrenkę 102, potem używanego „garbuska”, następnie kupiłem powypadkowego fiata 125p, którego mój mechanik, pan Henio z Rembertowa, wyremontował i mi sprzedał. Miejscowa władza partyjna wracała „z pracy” na niezłym gazie i dachowała. W aucie był wgnieciony dach, ale reszta w dobrym stanie, silnik nie ruszony. I pan Henio go odszykował z klasą. I nigdy Pan nie wykorzystał pozycji jednego z najpopularniejszych ludzi telewizji? Nie. A niby po co? Mnie to bawi i rozrzewnia, kiedy jestem tak postrzegany. Ja tego w ogóle nie miałem. Ważne było i to, że w połowie lat 70. zacząłem robić filmy. I wtedy, owszem, czasami ta – jak Pan to nazwał „popularność”, pomagała. Jak trzeba było załatwić coś niezałatwialnego, no to się przydawało. Czy słyszał Pan o podobnej audycji telewizyjnej na świecie, która by trwała trzydzieści dwa lata, ciągle z udziałem jednego prezentera. Nie wiem, może Tadeusz Sznuk zaczyna Panu następować na pięty jako prezenter teleturnieju. Co ciekawe, i Pan, i Pan Sznuk wyszliście z radia. Nie wiem, czy Oprah Winfrey była dłużej na antenie niż Pan, nie sprawdzałem. Ja też. Muszę nieskromnie powiedzieć, że znalazłem chyba ciekawy klucz, inny sposób mówienia o starych filmach. No i przestrzegałem zasady, zresztą po dziś dzień, żeby nie oceniać w sposób, no taki krytykancki, jakiegokolwiek filmu. W moich komentarzach nie było stwierdzeń kategorycznych, mówiłem, że to lub to jest ciekawe, to mniej, to można sobie darować, a na to proszę zwrócić uwagę, bo… Tylko w ten sposób. I tak opowiadam o filmie (i nie tylko!) na każdym spotkaniu, w każdej sytuacji! No, a w roku 1997, kiedy odebrano Panu program „W starym kinie” – co się stało? Zadzwoniła do mnie następczyni Hani Goszczyńskiej – redaktorki programu – i oznajmiła, że była na dyrekcji TVP mowa o Starym kinie i że oceniono program jako przestarzały. W związku z tym albo będzie zdjęty z anteny, albo zmodyfikowany. A jakież by to miały być „modyfikacje” zapytałem. Właściwie trzy. Po pierwsze – program będzie się zaczynał od losowania filmu, to znaczy pojawię się na ekranie, powiem: „Szanowni Państwo, a teraz wylosujemy temat programu, który dzisiaj oglądniemy”, puszczę w ruch taką maszynę jak do totolotka, zrobię tajemniczą minę, wyciągnę z niej jedną kulę, odkręcę, wyciągnę papierek, rozwinę i odczytam do kamery: Greta Garbo. Po drugie: że dołączy do mnie jakiś młodszy kolega, krytyk lub historyk kina i będziemy się „boksowali”, tak jak Zyzio Kałużyński z Tomaszem Raczkiem. Był wtedy taki program filmowy, gdzie oni wdzięcznie ze sobą dyskutowali. A po trzecie, i tu nabrała powietrza, więc już wiedziałem, że będzie wiadomość najwyższej rangi, i nie omyliłem się, bo oznajmiła, że po trzecie, ponieważ publiczność jest znudzona czarno-białymi starymi filmami, to od tej pory będą wyświetlane tylko w kolorze… Nie wierzę? Wymyślił to Pan? Nawet nie koloryzuję, bo to zbyt żałosne. Powiedziałem jej tylko: dziękuję za uwagi i zapytałem: to godzinny program ma polegać na tym, że ja losuję temat, ktoś biegnie do archiwum i wraca z filmami do tego programu? A ile mamy czasu na to „boksowanie”? Tyle, ile trwa wstęp, czyli pięć, sześć minut. Wytrzymałem i to. I na koniec pytam: a jak filmów czarno-białych ma nie być. To co, Chaplina ma nie być, Bustera Keatona ma nie być, Marleny Dietrich, Orsona Wellesa, Jadwigi Smosarskiej? Zamilkła. Program zdjęli z anteny i nawet mnie o tym nie powiadomili. Przez te trzydzieści kilka lat dość nieźle, myślę, poznałem reguły gry na Woronicza i rozstałem się z telewizją bez żalu. A w myśl maksymy Lejzorka Rojtszwańca, bohatera sławnej kiedyś powieści Ilji Erenburga – jak zwalniają, to będą przyjmować – miałem wtedy i mam dzisiaj co robić. W redakcji czasopisma „Stare Kino” (2017) Ma Pan w tej chwili (listopad 2017) pięć stałych miejsc, w których w różny sposób spotyka się Pan z publicznością, w formule Starego kina. To jest prywatna telewizja Kino Polska, w której w ma Pan program Kalejdoskop Polskiego Filmu, Dom Sztuki na Ursynowie w Warszawie, Muzeum Historyczne w Bielsku, gdzie co miesiąc ma Pan spotkanie filmowe… Kolejnym przejawem Pana twórczej aktywności w formule Starego kina są felietony filmowe w radiu RMF Classic, w cyklu „Odeon Stanisława Janickiego”. Mówię te felietony już dwanaście lat (od 2005) i wcale się nimi nie zmęczyłem, nie wiem, jak radio i jak słuchacze? Jestem najstarszy tej stosunkowo młodej rozgłośni, ale nie czuję się tam seniorem, panuje tam fantastyczna atmosfera. Z tych felietonów zrobiła się książka z inspiracji Magdaleny Wojewody-Mleczko, mojej szefowej, czyli dyrektora tych felietonach opowiadam o tym, co uważam za najciekawsze w każdej dziedzinie sztuki, ale szczególnie w świecie filmu – o losach ludzi. A że ciągle odkrywam w historii kina coś nowego to nie widzę końca tego mojego gadulstwa… Zdjęcie wprowadzające: plansza ze zwiastuna programu „W starym kinie”. Pomysł i realizacja: Ryszard Radwański. Kino amerykańskie kontra kino francuskie Początki kina to czas eksperymentów i nauki w oparciu o błędy poprzedników. Pierwszy kinematograf powstał we Francji w 1895 roku i to tę datę uważa się za początek kinematografii. Spekuluje się, że powstała ona już cztery lata wcześniej w Ameryce, ale w tajemnicy. Skonstruowanie pierwszego kinematografu, wówczas funkcjonującego pod nazwą "kinetoskop", przypisuje się Thomasowi Edisonowi i przypada na rok 1891. Ukrywanie swoich pomysłów w obawie przed plagiatem sprawiło jednak, że pomysł Edisona nie ujrzał światła dziennego, a tytuł ojców kina otrzymali francuscy bracia Lumière. Po I wojnie światowej losy się odwróciły i przemysł filmowy przeniósł się do Stanów Zjednoczonych. Kino amerykańskie: kino nowych gatunków Początkowo Amerykanie wzorowali się na kinie francuskim, ale kiedy dopadł je twórczy kryzys, zaczęli eksperymentować z montażem i nowymi gatunkami. Stworzyli film sensacyjny, western, melodramat, a potem zobaczyli, że film może mieć kolejne części, dając tym samym życie serialom. Za sukcesem amerykańskiej kinematografii stoją przede wszystkim Griffith, który zmodernizował dotychczasowe techniki filmowania i był współzałożycielem jednej z pierwszych wytwórni filmowych, a także jego asystent Mack Sennett, który przyczynił się do powstania komedii. To on odkrył Charlesa Chaplina, najpopularniejszego komika wszech czasów. Do Ameryki tłumnie zaczęli przenosić się niezależni producenci, ponieważ widzieli tam większe możliwości i perspektywy. Punktem docelowym stało się Hollywood. Wybrane ze względu na dobre warunki do kręcenia, naturalne światło i mało opadów. Ważną rolę odegrały też banki, które odkryły, że opłaca się inwestować w kino i zaczęły dofinansowywać produkcje. Kino amerykańskie po II wojnie światowej Kino amerykańskie było coraz odważniejsze obyczajowo. Na ekranie pojawiły się zdrady małżeńskie, nagość, porwania, narkotyki i przemoc. Prężnie rozwijały się tzw. superprodukcje, filmy tworzone na wielką skalę, z wielkim budżetem, ogromną ilością statystów i bogatą scenografią. Po okresie wojennym pojawiły się też filmy taneczne, przygodowe i gangsterskie. Kino amerykańskie: Film noir Nazywany też "filmem czarnym". Jego największa popularność przypada na lata 40. Film noir wywodzi się z kina gangsterskiego i kryminalnego. Charakteryzuje go specyficzna technika i styl kręcenia, a także fabuła. Oryginalnie powinien być czarno-biały, a barwy w nim mroczne i mocno skontrastowane. Jeżeli chodzi o akcję, najczęściej jest on bardzo realistyczny, brutalny i pozbawiony happy endów. Najważniejszymi w historii tego gatunku są filmy "Sokół maltański" oraz "Podwójne ubezpieczenie", a najpopularniejszym aktorem, Humphrey Bogart. Kino amerykańskie: nowojorska szkoła filmowa Na przełomie lat 50. i 60. w Ameryce pojawił się odpowiednik francuskiej Nowej Fali, nowojorska szkoła filmowa. Był to ruch odnowy w amerykańskim kinie. Szkoła ta zrzeszała twórców, którzy buntowali się przeciwko wielkim hollywoodzkim produkcjom i woleli tworzyć autorskie kino niezależne. Były to filmy głównie dokumentalne i poruszały najczęściej problemy społeczne takie jak rasizm, narkomania czy przemoc. Kino amerykańskie dziś Do najwybitniejszych amerykańskich reżyserów ze względu na tworzenie w Stanach Zjednoczonych można zaliczyć takie nazwiska jak: Alfred Hitchcock, Francis Ford Coppola, Steven Spielberg, bracia Joel i Ethan Coen, Stanley Kubrick, Quentin Tarantino, Martin Scorsese, Woody Allen, David Lynch, Jim Jarmusch czy Wes Anderson. Najlepsze filmy w historii kina amerykańskiego: "Przeminęło z wiatrem" (1939) Klasyka amerykańskiego melodramatu. Opowiada o losach młodej, zamożnej Scarlett O'Hary. Kobieta musi stawić czoła realiom wojny secesyjnej, która zmusza ją do porzucenia dotychczasowych wygód. W tle rozgrywa się historia wielkiej miłości Scarlett i Rhetta Butlera. Film w reżyserii Victora Fleminga został nagrodzony aż ośmioma Oscarami. "Przeminęło z wiatrem" "Obywatel Kane" (1941) Filmowy debiut Orsona Wellesa, który był jednocześnie reżyserem i odtwórcą głównej roli. Miał wtedy zaledwie 25 lat. W filmie, w formie retrospekcji przedstawiona jest historia milionera i magnata prasowego Charlesa Fostera Kane’a. Po jego śmierci jeden z reporterów stara się rozwikłać wypowiedziane przez niego na łożu śmierci, słowo: różyczka. Film nie spotkał się wówczas z sympatią widzów, lecz dziś uważany jest za niekwestionowane filmowe arcydzieło. Foto: Materiały prasowe "Obywatel Kane" "Bulwar Zachodzącego Słońca" (1950) To historia nieszczęśliwej gwiazdy kina niemego, której kariera dobiegła końca. Główna bohaterka, Norma Desmond, jest tak zakochana w sobie, że nie dostrzega nic oprócz swojej osoby. Pewnego dnia spotyka młodego scenarzystę, któremu zleca napisanie scenariusza do filmu mającego być jej największym sukcesem. W głównej roli genialna Gloria Swanson, która w rzeczywistości faktycznie była jedną z najwybitniejszych aktorek kina niemego. Film wyreżyserował Billy Wilder. Foto: Materiały prasowe "Bulwar Zachodzącego Słońca" "Śniadanie u Tiffany'ego" (1961) Film jest ekranizacją opowiadania amerykańskiego pisarza Trumana Capote'a o tym samym tytule. Fabuła przenosi widzów do świata bogatych nowojorczyków. To komedia romantyczna, która opowiada o młodej, pięknej dziewczynie imieniem Holly żyjącej na koszt swoich bogatych adoratorów. Pewnego dnia zakochuje się w niej pisarz, Paul Varjak. Film wyreżyserowany przez Blake'a Edwardsa przeszedł do historii, podobnie jak kreacja Audrey Hepburn, która stała się ikoną lat 60. Kultową dziś muzykę do filmu stworzył Henry Mancini, który dostał dwa Oscary, za najlepszą muzykę do filmu i najlepszą piosenkę w roku 1962. Foto: Materiały prasowe "Śniadanie u Tiffany'ego" Trylogia "Ojciec chrzestny" (1972, 1974,1990) To jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych filmów gangsterskich, jakie kiedykolwiek powstały. Historia tej nowojorskiej mafijnej rodziny jest znana i uwielbiana na całym świecie. Scenariusz powstał na podstawie książki Mario Puzo o tym samym tytule, która była, podobnie jak później film, książkowym bestsellerem. Rodzinę Corleone poznajemy od momentu, kiedy rządzi nią ojciec, Vito Corleone (w tej roli Marlon Brando). W kolejnych dwóch częściach „Ojca chrzestnego” obserwujemy, jak w roli mafijnego bossa sprawdza się jego syn, Michael Corleone, grany przez Ala Pacino. Pierwsza część została nagrodzona trzema Oscarami, a druga sześcioma. Trzecia była nominowana aż do siedmiu. Reżyserem jest Francis Ford Coppola. W głównych rolach w trylogii występują - oprócz Brando i Pacino - Diane Keaton, Robert De Niro czy Andy Garcia. Foto: Materiały prasowe "Ojciec chrzestny" "Lot nad kukułczym gniazdem" (1975) To historia cwanego złodziejaszka i chuligana, który chcąc uniknąć więzienia, udaje niepoczytalność. W efekcie trafia do szpitala psychiatrycznego. Po pewnym czasie okazuje się, że ma tam zostać o wiele dłużej niż zakładał. Główny bohater, grany brawurowo przez Jacka Nicholsona, postanawia zorganizować z innymi pacjentami grupową ucieczkę ze szpitala. W filmie oprócz Nicholsona występują Louise Fletcher, Danny DeVito czy Christopher Lloyd. Film został nagrodzony aż pięcioma Oscarami, w tym za najlepszy film, scenariusz i role aktorów pierwszoplanowych. Za kamerą stał Miloš Forman. Foto: Materiały prasowe "Lot nad kukułczym gniazdem" "Skazani na Shawshank" (1994) Dramat w reżyserii Franka Darabonta. W rolach głównych Tim Robbins i Morgan Freeman. Film jest adaptacją opowiadania amerykańskiego pisarza Stephena Kinga. Główny bohater, Andy Dufresne, to bankier, który zostaje niesłusznie oskarżony o morderstwo swojej żony i jej kochanka, za co zostaje skazany na dożywocie w więzieniu Shawshank. Tam styka się z brutalnym więziennym światem. Foto: Materiały prasowe "Skazani na Shawshank" "Pulp Fiction" (1994) Klasyka amerykańskiego kina stworzona przez jednego z najbardziej charakterystycznych reżyserów w historii, Quentina Tarantino. Dwóch mężczyzn w garniturach z pistoletami w ręku czy Mia Wallace i Vincent Vega tańczący twista do utworu "You Never Can Tell" Chucka Berry’ego- te dwie sceny na zawsze zapisały się w historii kina. "Pulp Fiction" składa się z czterech równolegle rozgrywających się historii. Śledzimy losy płatnych morderców, żony gangstera, boksera i jego dziewczyny i pary napadającej na restauracje. Film był nagrodzony Oscarem za najlepszy scenariusz. W głównych rolach występują John Travolta, Samuel L. Jackson, Uma Thurman i Bruce Willis. Foto: Materiały prasowe "Pulp Fiction" "American Beauty" (1999) Dramat obyczajowy w reżyserii Sama Mendesa. Widzowie poznają historię Lestera Burnhama, pracownika agencji reklamowej, który przechodzi kryzys wieku średniego. Do tego dochodzą problemy z irytującą żoną pracoholiczką i córką, która uważa go za nieudacznika. Pewnego dnia główny bohater zakochuje się w młodej koleżance swojej córki i postanawia dla niej odmienić swoje nudne życie. W postać Lestera Burnhama wciela się Kevin Spacey. Film nagrodzono pięcioma Oscarami, a nagie ciało kobiety obsypane różami stało się kolejnym ikonicznym kinowym obrazem. Foto: Materiały prasowe "American Beauty" "Forrest Gump" (1994) Akcja filmu zaczyna się i kończy na ławce, a tak naprawdę ani na chwilę na niej nie zostajemy. Widz podróżuje wraz z Forrestem Gumpem, granym przez Toma Hanksa, po jego wspomnieniach z bardzo bujnego i burzliwego życia. To historia chłopca, który rodzi się z paraliżem nóg i lekkim autyzmem, ale dzięki swojej determinacji i ciężkiej pracy staje się milionerem i udowadnia wszystkim, że nie ma rzeczy niemożliwych. Naturalna i bardzo wzruszająca realizacja amerykańskiego snu. Film Roberta Zemeckisa nagrodzony został sześcioma Oscarami. Foto: Materiały prasowe "Forrest Gump" Olga Gaertner „Jeśli czegoś nie wypada, to nie wypada!” – grzmiała niania Mammy w melodramacie wszechczasów Przeminęło z wiatrem (1939). Za rolę surowej, ale wielce empatycznej niani – niewolnicy z amerykańskiego Południa, aktorka otrzymała Oscara w 1940 roku. Była tym samym pierwszą Afro-amerykanką, która zdobyła statuetkę. Życie Hattie McDaniel ani wcześniej ani później,nie było łatwe. Aktorka zmagała się z wieloma kłopotami w życiu osobistymi oraz powszechnym wówczas problemem segregacji rasowej, który występował nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale ponieważ Hattie tam właśnie żyła i pracowała – spotykała się z nim na co dzień. Hattie McDaniel przyszła na świat w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej 10-go czerwca 1895 roku w Wichita, które kilka lat wcześniej zdobyło prawa miejskie w stanie Kansas i była najmłodszym z trzynaściorga dzieci pary byłych niewolników. Jej matka Susan Holbert (1850–1920) śpiewała pieśni religijne, natomiast ojciec Henry McDaniel (1845–1922), walczył w wojnie secesyjnej z 122 oddziałem United States Colored Troops, która to formacja stanowiła ponad 20% sił Unii, czyli tryumfujących w wojnie domowej, północnych wojsk. Hattie szybko odkryła w sobie talent literacki. Bardzo dobrze szło jej ubieranie zdarzeń w słowa, więc postanowiła, że zacznie pisać teksty do piosenek, które później sama wykonywała. Młodziutka, bo dopiero piętnastoletnia dziewczyna, poślubiła w tym czasie pianistę Howarda Hickmana. Ślub odbył się 19 stycznia 1911 roku w Denver w Kolorado. Małżeństwo nie trwało jednak długo, ponieważ jej mąż zmarł w 1915 roku. W latach 1920–1925 pojawiła się wraz z zespołem profesora George’a Morrisona Melody Hounds na tournée najbardziej popularnej czarnej grupy tamtych lat, w Denver. To był właśnie ten moment, kiedy otrzymała swój „wielki numer” i stała się rozpoznawalna. W połowie lat dwudziestych Hattie rozpoczęła karierę radiową, śpiewając z Melody Hounds dla stacji KOA, istniejącej i nadającej do dziś. Wówczas była już ponownie mężatka, lecz jej drugi mąż, George Langford, zmarł z powodu rany postrzałowej w styczniu 1925 r. Ich małżeństwo trwało bardzo krótko. W latach 1926–1929 wokalistka, nagrywała swoje utwory również dla Okeh Records i Paramount Records w Chicago. W 1932 roku przyszedł wreszcie czas na kino. W westernie The Golden West, Hattie znowu zagrała pokojówkę, jednak ta właśnie rola przyniosła jej dalsze propozycje i niejako stanowiła furtkę do większej kariery filmowej. Kolejną była kreacja pokojówki/manicurzystki w Nie jestem aniołem (I’m not an Angel) (1933) u boku Mae West i Cary’ego Granta. Film okazał się ogromnych sukcesem przynosząc dochody w wysokości 2,3 miliona dolarów. Po tym filmie zagrała z Shirley Temple i Lionellem Barrymore w Małym pułkowniku (1935), ale pierwszą poważniejszą rolę otrzymała nieco wcześniej od reżysera Johna Forda w filmie Judge Priest (1934). Grała tam rolę ciotki u boku Willa Rogersa. Ścieżka dźwiękowa do tego filmu, to głównie utwory wykonywane przez Hattie. Później nadal otrzymywała role pokojówek, ale zawsze w doborowym towarzystwie. W 1935 roku wystąpiła u boku Jean Harlow i Clarka Gable w filmie Chińskie morza (China Seas) (1935) wytwórni MGM. Clark zauważył charakterystyczną Afro-amerykankę i to podobno dzięki niemu kilka lat później Hattie otrzyma swoją rolę życia. Wcześniej spotkali się na planie filmowym jeszcze raz w 1937 roku w produkcji Saratoga. Gable’owi partnerowała wówczas jego stała partnerka filmowa Jean Harlow, której ten film, był już ostatnim. Zapowiedzi jego premiery zbiegły się w czasie z przedwczesną śmiercią młodziutkiej aktorki. Jean odeszła w wieku 26 lat, ale na pewno ona i Hattie polubiły się bardzo. McDaniel przyjaźniła się z najpopularniejszymi hollywoodzkimi gwiazdami tamtych lat. Jej łagodne usposobienie i pozytywna aura przyciągała do siebie i tych wielkich i tych mniejszych. W tym gronie byli Joan Crawford, Tallulah Bankhead, Bette Davis, Shirley Temple, Henry Fonda, Ronald Reagan, Olivia de Havilland i rzeczony wcześniej Clark Gable. Mniej więcej w tym czasie była także krytykowana przez członków czarnej społeczności za role, które zaakceptowała – jej bohaterki były głównie pokojówkami pod rozkazami „panów” o jasnym kolorze skóry. Wiadomym było, iż Murzynka, która zdobywa coraz większą popularność i jednocześnie gra wyłącznie pokojówki, kreuje niepotrzebny stereotyp, który wspiera podział narzucony dotychczas przez białą społeczność. Kiedy w 1938 roku MGM ogłosiło nabór do obsady melodramatu wszechczasów, na podstawie dopiero co ukończonej powieści autorstwa Margaret Mitchell pt. Przeminęło z wiatrem, wytwórnia przeżyła prawdziwy szturm zainteresowanych kandydatek i listów polecających. Swoją pokojówkę – Elizabeth McDuffie, do roli Mammy zgłosiła nawet Eleonore Roosvelt. Reżyser David O. Selznik do roli Rhetta Butlera brał pod uwagę tylko dwóch aktorów: Gary’ego Coopera albo Clarka Gable, który wówczas był u szczytu popularności. Ponieważ Cooper miał inne zobowiązania, angaż otrzymał Gable. Aktor miał również duży wpływ na dobór reszty obsady. Namówił Hattie, aby przyszła na zdjęcia próbne i aktorka uczyniła to, przy czym zjawiła się tam w stroju pokojówki i z miejsca zaskarbiła sobie sympatię ekipy. Wówczas sprawa była już jasna! Hattie McDaniel już na zawsze stała się Mammy, pokojówką najbardziej kapryśnej i odważnej córki plantatora z Południa, Scarlett O’Hary. Walczyła również o swoją postać w filmie, wobec czego usunięto wiele rasistowskich akcentów i scen. Czy dziś możemy sobie wyobrazić kogoś innego w tej roli? Także podczas oficjalnej premiery w Atlancie w dniu 28 grudnia 1939 roku, na wyraźne wskazanie Selznicka, zdjęcia Hattie znalazły się w materiałach promocyjnych filmu, z czym wówczas wielu dystrybutorów miało problem, ponieważ wcześniej usunięto ją – osobę czarnoskórą – ze wszystkich plakatów. Wszelkie przeciwności i trudy zaowocowały niebywałym wydarzeniem: za rolę Mammy, McDaniel otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej i jednocześnie była pierwszą czarnoskórą kobietą, która otrzymała statuetkę, a także przeszła do historii jako pierwsza Afroamerykanka, która została w ogóle nominowana do tej nagrody. „Kochałam Mammy – mówiła McDaniel. – Myślę, że ją zrozumiałam, ponieważ moja babcia pracowała na plantacji podobnej do Tary”. Jej rola w Przeminęło z wiatrem zaniepokoiła niektórych białych na Południu. Pojawiły się skargi, że w filmie Mammy zbytnio spoufalała się ze swoimi białymi właścicielami i niekiedy pozwalała sobie na zbyt wiele. Niektórzy krytycy uważali, że McDaniel nie tylko przyjęła taki stan rzeczy, ale także w swoich wypowiedziach do prasy, zgodnych ze stereotypami w ówczesnym Hollywood, dostarcza paliwa dla krytyków tych, którzy walczyli o prawa obywatelskie Afro-amerykanów. Przyznanie nagród Akademii Filmowej, odbyło się po raz dwunasty w restauracji Coconut Grove w hotelu Ambassador, w Los Angeles. Poprzedził go bankiet. Louella Parsons, amerykańska felietonistka, pisała o tej nocy dnia 29 lutego 1940 roku tak: „Hattie McDaniel zdobyła złotego Oscara dzięki znakomitej roli Mammy w Przeminęło z wiatrem. Wzruszenie dławiło nasze gardła, gdy Hattie podeszła do platformy i wzięła złote trofeum. Ona sama miała twarz rozpaloną, a honor ten przyjęła jednym z najlepszych przemówień, jakie kiedykolwiek padły przed obliczem Akademii”. Hattie wraz z jej ochroniarzami, musieli siedzieć przy oddzielonym stole na przeciwległej ścianie sali, dużo dalej niż inni goście. Jej „biały” agent, William Meiklejohn, siedział przy tym samym stole. W hotelu obowiązywała surowa polityka no-blacks, ale wyjątkowo wówczas McDaniel skorzystała z „łaski” organizatorów. W filmie Takie nasze życie z 1942 r. W reżyserii Johna Hustona, z udziałem Bette Davis i Olivii de Havilland, McDaniel po raz kolejny zagrała pomoc domową, ale w konfrontacji z problemami rasowymi, gdy jej syn, student prawa, został niesłusznie oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci. Film poruszał istotne problemy społeczne i jest do dziś ważna pozycją w amerykańskiej kinematografii. W następnym roku McDaniel zagrała w filmie wytwórni Warner Bros Thank Your Lucky Stars z Humphreyem Bogartem i Bette Davis. Hattie po raz trzeci wyszła za mąż za Jamesa Lloyda Crawforda, sprzedawcę nieruchomości. Ślub odbył się 21 marca 1941 r. w Tucson w Arizonie. Według biografów aktorki, McDaniel w 1945 roku zwierzyła się felietonistce Heddzie Hopper, że jest w ciąży. Zaczęła kupować ubranka dla dzieci i założyła nawet mini przedszkole w swoim domu. Jej plany zostały zniszczone, kiedy okazało się, że jest to ciąża urojona. Hattie popadła w depresję. Z Crawfordem rozwiodła się w 1945 roku, po czterech i pół latach małżeństwa. Crawford był zazdrosny o jej sukces w karierze. Groził nawet żonie, że popełni samobójstwo. Aktorka szybko pocieszyła się po nieudanym małżeństwie i poślubiła Larry’ego Williamsa, dekoratora wnętrz, 11 czerwca 1949 r. w Yuma w Arizonie, ale rozwiodła się z nim w 1950 r. Zeznała wówczas, że ich pięć miesięcy razem zepsuły „kłótnie i wieczne kłopoty”. McDaniel zeznała ponadto, że jej mąż próbował sprowokować niechęć całej obsady do niej, jej audycji radiowych, w których brała udział oraz w każdy inny sposób także ingerował w jej pracę. To był czas, kiedy nawet po zakończeniu wojny niewiele zmieniło się w jej karierze. Dostawała nadal role pomocy domowych, jednak pozostała też aktywna w radiu i telewizji, stając się pierwszą czarną Amerykanką, która wystąpiła w swoim własnym programie radiowym, w serialu komediowym Beulah, który okazał się strzałem w dziesiątkę, a McDaniel zarabiała 2 000 dolarów tygodniowo! Ale serial był kontrowersyjny. W 1951 r. Armia Stanów Zjednoczonych zaprzestała nadawania Beulah w Azji, ponieważ żołnierze narzekali, że serial utrwalał negatywne stereotypy czarnych mężczyzn jako bezbronnych i leniwych oraz ingerował w zdolność afroamerykańskich wojsk do wykonywania ich misji. Właśnie wtedy też McDaniel dowiedziała się, że ma raka piersi. Wiosną 1952 r. była już zbyt słaba, aby pracować. Została wówczas zastąpiona przez Louise Beavers. Dramatyczną sytuację potęgowało schorzenie serca, które ostatecznie przyczyniło się do skierowania aktorki do szpitala w Temple, w stanie półkrytycznym. Wyszła stamtąd w październiku, by odzyskać zdrowie w domu. United Press napisało 3 stycznia 1951 r., że „Hattie wykazała «niewielką poprawę w jej wyleczeniu z łagodnego udaru»”. McDaniel zmarła na raka piersi w wieku 57 lat 26 października 1952 r. w szpitalu na terenie Motion Picture House w Woodland Hills w Kalifornii. W jej pogrzebie uczestniczyło tysiące żałobników. Hattie przygotowywała się na to odejście. W swojej ostatniej woli napisała: „Pragnę białej trumny i białego całunu, białych gardenii w moich włosach i rękach, razem z białym kocem gardenii i poduszką czerwonych róż”. Cały artykuł możecie Państwo przeczytać w kwartalniku „Stare Kino” nr 4-6 (2018).

w starym kinie filmy amerykańskie